Fajnie by było, jakbyś w końcu się obudziła.
Tak, też bym chciała.
Brakuje nam ciebie, wracaj.
Mi was też.
To moja wina. Moja, że tu leżysz.
Nie, nie twoja, Wojtku.
Z ciemności wyciągały mnie głosy. Najpierw one, potem co raz bardziej jaśniejący punkt gdzieś na górze. Moją pierwszą myślą było, że głosy ucichły, bo umarłam, a idę.. ja wiem? Do nieba?
Zabawne, ale nie mogłam uwierzyć w to, że dowiem się za moment, co jest po śmierci.
Zabawne, ale nie mogłam uwierzyć w to, że dowiem się za moment, co jest po śmierci.
Nie pamiętałam dokładnie, co się stało. We wspomnieniach tkwi jedynie przeraźliwie jasne światło nadjeżdżającego samochodu, a w uszach dźwięczą piski moich przyjaciół. I WOjtka. Tak, jego pamiętam najbardziej.
I choć w tamtym momencie chciałam umrzeć (bardziej metaforycznie, wiadomo), gdybym mogła, cofnęłabym czas. Ale skoro już... Boże, czy w niebie mogę liczyć na mój ulubiony koktajl truskawkowy i Kinderki?
- Iza, co ty bredzisz. - Usłyszałam nagle.
Czyli jednak nie będzie koktajlu i kinderek.
Czyli jednak nie będzie koktajlu i kinderek.
Podniosłam przemęczone powieki i spojrzałam na Kaśkę.
- Jaki kurwa koktajl. Jakie niebo. - Skrzywiła się. Postukała się w głowę aktorsko. - Tu się jebnij.
- Sorry, myślałam, że nie żyję. - Próbowałam się podnieść, jednak moje całe ciało było obolałe na tyle, że nawet nie ruszyłam się o milimetr.
Moja przyjaciółka pobladła. Chyba jednak takie cięte żarciki nie były na miejscu.
- My... my myśleliśmy, że nie żyjesz kretynko! - Trzepnęła mnie w udo. Cholernie zabolało, jęknęłam. Ale cóż, chyba mi się należało. - Ładną akcję zrobiłaś , serio! - Oho, wpadała w słowotok nerwowy. - Ty nie oddychałaś, rozumiesz!? I nie oddychałaś, dopóki nie przyjechało pogotowie, a potem cię zabrali i... !
Po jej policzkach spłynęły łzy. Złapałam ją za rękę.
- Jakbyś nie wiedziała, że ja się tak łatwo nie poddaję. - Chciałam ją jakoś podnieść na duchu. Niekoniecznie sama chciałam rozmawiać o tym, że prawie zginęłam.
- Masz szczęście, serio. Ale jak tylko staniesz na nogi, masz kopa w dupę. Od wszystkich po kolei. - Lekko się uśmiechnęła, w końcu.
- To co mam połamane? Bo w sumie nic nie czuję.
- O dziwo, jedynie potłuczone żebra. I noga złamana. Ale ona w sumie już się zrasta. - Poinformowała mnie Kaśka. SPojrzałam na nią pytająco, no bo tak szybko? Gips się nosi długo. - Kochana, byłaś w śpiączce przez 2 tygodnie.
Zrobiłam niesamowicie wielkie oczy, na pewno większe niż pięciozłotówki. Dwa tygodnie! Dwa! To ja już nie miałam po co wracać do domu! Ciekawe jak moja macocha w ogóle zareagowała. Na penwo się dowiedziała, po co ja w ogóle byłam na hali w godzinach pracy....
Wierzchem dłoni starłam spływające po policzku łzy, uważając na wenflon. NIe mówiłam jednak na głos, co mnie martwi. Oberwałoby mi się, że mam w szpitalu takie zmartwienia.
- Wiesz, pójdę powiedzieć lekarzowi, że się obudziłaś. - Pogłaskała mnie troskliwie po przedramieniu i wyszła z sali.
Odprowadziłam ją spojrzeniem, po czym rozejrzałam się po pomieszczeniu. Białe ściany, oliwkowe firany. Obok mnie stało jedno szpitale łóżko, pięknie pościelane, jednak puste. W rogu wisiał telewizor, oczywiście wymagający opłaty za oglądanie. Z mojej prawej strony stała szafka, a na szafce bukiet pięknych, najróżniejszych kwiatów. O fioletowy, pękaty wazon oparta była koperta.
Obolałą ręką sięgnęłam po list. Doskonale wiedziałam, od kogo. Mimo że się obawiałam, byłam chyba zbyt ciekawa, by tam nie zajrzeć alboo od razu potargać kopertę.
Chyba nigdy nie zdołam wyrazić, jak mi przykro.
Chyba nigdy nie cofnę czasu, by naprawić swoje błędy.
Mogę jedynie czekać, aż się obudzisz.
I powiedzieć przepraszam, licząc, że mi wybaczysz.
W.
Nawet nie poczułam, jak po moich policzkach zaczęły spływać gorzkie łzy. Łzy pełne bólu i bezsilności.
Starłam je szybko, gdy na salę ponownie weszła Kaśka, a zaraz za nią lekarz. List włożyłam pod poduszkę.
- Witamy wśród żywych, panno Izabelo. - Przywitał się ze mną dobrze mi znany lekarz.
Czy powinno mnie to dziwić, że opiekował się mną wujek Wojtka?
Chyba nie bardzo. Ale był w moim guście, bo miał tak samo cięte żarciki, jak ja.
- Witam ponownie, nie sądziłam, że spotkamy sie w tak krótkim czasie.
- Cóż, dla ciebie może i tak, jednak może jeszcze nie wiesz, ale spałaś sobie...
- ... dwa tygodnie, - dokończyłam za niego - tak, zostałam już poinformowana.
- Wyspałaś się? - Zapytał, przysiadając na krześle obok mnie.
- Nie.
Zaśmiał się lekko, podczas gdy Kaśka zgromiła mnie znowu spojrzeniem. Potem wykonał serię podstawowych badań sprawdzając moje funkcje.
Gdy już wszystko zrobił, co musiał (a przynajmniej myślałam, że to będzie już koniec, ale się myliłam), zwrócił się do Kaśki.
- Teraz będę musiał zostać z pacjentką sam na sam.
Choć nie chciała, to wyszła, a doktorek pochował dokumenty do teczki, i odkładając ją na szafkę, przysunął się bliżej mnie.
- Wiem, że to nie moja sprawa...- zaczął niepewnie.
- Dokładnie, nie pana.
- Wiesz, o co chcę zapytać?
- No o Wojtka. - Burknęłam.
Nie kontynuował od razu, tylko nad czyms intensywnie myślał wpatrując się w jakiś punkt w pościeli.
- Nie wiem, co jest między wami, i to wasza sprawa. Nie zamierzam o to pytać. - Mówił. - Ale musisz wiedzieć, że wpakował się do karetki mówiąc, że ejst twoim narzeczonym, a jak tu dotarliście, postawił na nogi cały szpital, a mnie wyciągnął z łóżka po nocnej zmianie.
Milczałam. Nie wiedziałam, co na to powiedzieć. Ale czy mnie to dziwiło? Nie. Czy mnie to poruszyło? Owszem, ale nie dałam tego po sobie poznać.
Doktorek kontynuował:
- Przesiedział całą noc i cały kolejny dzień przy tobie. Potem go siłą odesłaliśmy do domu i...
- Przepraszam, ale mnie to nie obchodzi. - Rzuciłam obojętnym tonem.
Pięknie, wyrosłaś na świetną aktorkę, Izuniu.
Lekarz westchnął.
- Dobra. Okej. - Zmarszczył brwi. - Ale jest jeszcze coś, mała formalność. Jak byłaś tu z bólem brzucha, wypełniłaś taki papierek który dołączyliśmy do twoich akt. Mianowicie, kto będzie informowany o twoim stanie zdrowia w razie wypadku i kto będzie podejmował decyzje o leczeniu, kiedy będziesz nieprzytomna. Wpisany jest Wojtek, także nie zdziw się, że wszystko wie.
Zacisnęłam usta w wąską linię. Nie mogłam zaprzeczyć, że był mi bliską osobą, i że wcale nie żałowałam tej decyzji.
Lekarz wyszedł mijając się w drzwiach z Kaśką.
- Błagam, tylko ty nie mów nic o Włodarczyku. - Skrzywiłam się.
- No tak, - rzuciła, ale raczej bardziej do siebie - to jego wujek więc mogłam się domyśleć, że będziecie mieć pogawędkę o tym, co Wojtek wyczyniał.
- Ta...
- Ale wiesz, jemu po prostu zależy na tobie. - Wzruszyła ramionami.
- Kaśka, on wiedział. Że Mała to Iza. Kłamał, nie wiadomo odkąd.
- Jestem twoją przyjaciółką i zawsze będę stała po twojej stronie, ale - zasiadła na krześle i skrzyżowała ręce na piersiach - powiedz mi, ty nie kłamałaś? Nie powiem, kto zrobił gorzej, ale sama święta nie byłaś. A on zasługiwał na to, by wiedzieć.
Zacisnęłam pięści. Złość przeradzała się w żal i smutek. Racja. Kłamałam. Gorzej kłamałam. I właśnie to do mnie docierało...
***
Wojtek.
Od kilku dni telefon miałem zawsze przy sobie, nawet na treningach leżał sobie na ławce i raz po raz na niego spoglądałem. Nie raz oberwałem piłką w głowę za brak koncentracji, ale cóż moglem poradzić.
I gdy pewnego dnia w końcu zadzwonił, a na wyświetlaczu pojawiło się imię wujka, wybiegłem z hali bez słowa.
- Obudziła się. - Usłyszałem zaraz po naciśnięciu zielonej słuchawki.
Nie potrafię wyrazić, co wtedy czułem. Serce waliło w piersi jak szalne, nie potrafiłem go okiełznać. Najpierw łomotało ze strachu i niepewności, a po tych słowach- z radości. Nie spostrzegłem nawet, kiedy po moich rozgrzanych po treningu policzkach spłynęły łzy.
- Mówiła... mówiła coś? - Nie potrafiłem zapytać wprost, czy chociażby słowem o mnie wspomniała.
- Nie wiem, o co wam poszło, ale jest na ciebie zła...
Zacisnąłem pięści. Byłem głupi, że tak to rozegrałem. Powinienem od razu jej powiedzieć, że wiem, ale tak bardzo bałem się, że po prostu zerwie ze mną kontakt. Tego bym nie zniósł, bo od samego początku coś mnie do niej ciągnęło.
- Dobra, zaraz tam będę.
- Wiesz, nie wiem, czy to dobry....
- Dobry! - Przerwałem. - Wszystko jej wyjaśnię.
ROzłączyłem się i wbiegłem na halę, by się zwolnić z treningu. Nie przebierajac się z treningowego stroju, łapiąc jedynie torbę z rzeczami, pobiegłem do samochodu i ruszyłem w stronę szpitala.
Cały drżałem. Bałem się tej chwili, jednak wbiegałem po schodach co dwa stopnie, aż na trzecie piętro. Z jednej strony chciałem to wydłużyć, a z drugiej strony chciałem ją już zobaczyć. Taką żywą. Znowu spojrzeć w jej oczy, znowu jej dotknąć. Już bez żadnych tajemnic.
Gniotłem w rękach uchwyt sportowej torby. Czułem, jak dłonie mi się pocą. Takiego stresu nie miałem przed żadnym meczem.
Sala numer 312 była lekko uchylna. Otarłem zimny pot spływający po mojej stroni. Serce łomotało tak, jakby za chwilę miało wyskoczyć z piersi.
Lekko zapukałem.
- Proszę. - Usłyszałem zachrypnięty, lecz wciaż melodyjny, słaby głosik.
Wdech wydech i wszedłem.
Siedziała na wózku inwalidzkim tuż przy oknie. Na kolanach miała koc, spod którego wystawała noga w gipsie. W rękach trzymała jakąś starą książkę, przeczytaną już do połowy. Spojrzała na mnie wielkimi, podkrążonymi zielonymi oczyma tak, jakby zobaczyła ducha.
- Wojtek... - Szepnęła pod noskiem.
W tym momencie po jej policzkach spłynęły łzy. Nie mogłem się ruszyć. Torba wypadła mi z rąk i upadła na podłogę.
- Wyjdź, proszę. - Powiedziała dosć surowo, zebrawszy w sobie na to siły.
- Nie. Nie, dopóki nie porozmawiamy. - Rzuciłem stanowczo.
W końcu do niej podszedłem, ale wciąż trzymając dystans. Nic na siłę.
Usiadłem na krześle i trwaliśmy w ciszy dobre dziesięć minut. To chwila zaledwie, która ciągnęła się w nieskończoność.
W końcu blondynka przemówiła.
- Ty... - Zaczęła niepewnie. - Od kiedy wiedziałeś?
- Od samego początku.
Spojrzała na mnie pytająco. - Jak to? Jak?...
- Myślisz - uśmiechnąłem się lekko, ale niepewnie - że pomyliłbym te piękne, zielone oczy?
Na moje stwierdzenie dziewczyna zmarszczyła nos i spuściła wzrok. Powstrzymywała się od placzu.
- Czuję się jak idiotka. Jak skończona kretynka.
Zerwałem się na równe nogi i do niej podszedłem. Kucnąłem tuż przy niej i złapałem ją za dłonie. Nie wyrwała się.
- Nie masz powodu. To ja schrzaniłem. Proszę, wybacz mi. Powinienem ci powiedzieć, ale się bałem. Że zerwiesz ze mną kontakt. A rozumiałem, że miałaś jakiś powód. Byłem przekonany, że niedługo mi powiesz.
Uniosła na mnie przeszklone łzami spojrzenie.
- Jakikolwiek bym nie miała powód - szepnęła - nie powinnam kłamać. To ja zachowałam się gorzej. Przepraszam, Wojtek. Mam nadzieję, że mi wybaczysz.
Nie spodziewałem się takiego zwrotu akcji. Byłem w takim szoku, że przez dobrą minutę nic nie mówiłem. I nic nie powiedziałem. Położyłem jej dłnie na mokrych policzkach i przylgnąłem do jej warg.
- Nigdy nie pozwolę ci odejść.- Oparłem czoło o jej własne.
- Więc mnie nie zostawiaj.
Wszystko wydawało się w koncu być tak, jak powinno.
W końcu zrozumiałam, co zrobiłam źle. Choć było już za późno... nie, nigdy nie jest za późno, by naprawić błędy, prawda?
Tak sobie to wmawiałam. Nie sądziłam jednak, że całe kłamstwo zabierze mi dach nad głową i to, na co tak ciężko pracowałam. Na właśny spadek. Na marzenia...
~* *~
- Cóż, dla ciebie może i tak, jednak może jeszcze nie wiesz, ale spałaś sobie...
- ... dwa tygodnie, - dokończyłam za niego - tak, zostałam już poinformowana.
- Wyspałaś się? - Zapytał, przysiadając na krześle obok mnie.
- Nie.
Zaśmiał się lekko, podczas gdy Kaśka zgromiła mnie znowu spojrzeniem. Potem wykonał serię podstawowych badań sprawdzając moje funkcje.
Gdy już wszystko zrobił, co musiał (a przynajmniej myślałam, że to będzie już koniec, ale się myliłam), zwrócił się do Kaśki.
- Teraz będę musiał zostać z pacjentką sam na sam.
Choć nie chciała, to wyszła, a doktorek pochował dokumenty do teczki, i odkładając ją na szafkę, przysunął się bliżej mnie.
- Wiem, że to nie moja sprawa...- zaczął niepewnie.
- Dokładnie, nie pana.
- Wiesz, o co chcę zapytać?
- No o Wojtka. - Burknęłam.
Nie kontynuował od razu, tylko nad czyms intensywnie myślał wpatrując się w jakiś punkt w pościeli.
- Nie wiem, co jest między wami, i to wasza sprawa. Nie zamierzam o to pytać. - Mówił. - Ale musisz wiedzieć, że wpakował się do karetki mówiąc, że ejst twoim narzeczonym, a jak tu dotarliście, postawił na nogi cały szpital, a mnie wyciągnął z łóżka po nocnej zmianie.
Milczałam. Nie wiedziałam, co na to powiedzieć. Ale czy mnie to dziwiło? Nie. Czy mnie to poruszyło? Owszem, ale nie dałam tego po sobie poznać.
Doktorek kontynuował:
- Przesiedział całą noc i cały kolejny dzień przy tobie. Potem go siłą odesłaliśmy do domu i...
- Przepraszam, ale mnie to nie obchodzi. - Rzuciłam obojętnym tonem.
Pięknie, wyrosłaś na świetną aktorkę, Izuniu.
Lekarz westchnął.
- Dobra. Okej. - Zmarszczył brwi. - Ale jest jeszcze coś, mała formalność. Jak byłaś tu z bólem brzucha, wypełniłaś taki papierek który dołączyliśmy do twoich akt. Mianowicie, kto będzie informowany o twoim stanie zdrowia w razie wypadku i kto będzie podejmował decyzje o leczeniu, kiedy będziesz nieprzytomna. Wpisany jest Wojtek, także nie zdziw się, że wszystko wie.
Zacisnęłam usta w wąską linię. Nie mogłam zaprzeczyć, że był mi bliską osobą, i że wcale nie żałowałam tej decyzji.
Lekarz wyszedł mijając się w drzwiach z Kaśką.
- Błagam, tylko ty nie mów nic o Włodarczyku. - Skrzywiłam się.
- No tak, - rzuciła, ale raczej bardziej do siebie - to jego wujek więc mogłam się domyśleć, że będziecie mieć pogawędkę o tym, co Wojtek wyczyniał.
- Ta...
- Ale wiesz, jemu po prostu zależy na tobie. - Wzruszyła ramionami.
- Kaśka, on wiedział. Że Mała to Iza. Kłamał, nie wiadomo odkąd.
- Jestem twoją przyjaciółką i zawsze będę stała po twojej stronie, ale - zasiadła na krześle i skrzyżowała ręce na piersiach - powiedz mi, ty nie kłamałaś? Nie powiem, kto zrobił gorzej, ale sama święta nie byłaś. A on zasługiwał na to, by wiedzieć.
Zacisnęłam pięści. Złość przeradzała się w żal i smutek. Racja. Kłamałam. Gorzej kłamałam. I właśnie to do mnie docierało...
***
Wojtek.
Od kilku dni telefon miałem zawsze przy sobie, nawet na treningach leżał sobie na ławce i raz po raz na niego spoglądałem. Nie raz oberwałem piłką w głowę za brak koncentracji, ale cóż moglem poradzić.
I gdy pewnego dnia w końcu zadzwonił, a na wyświetlaczu pojawiło się imię wujka, wybiegłem z hali bez słowa.
- Obudziła się. - Usłyszałem zaraz po naciśnięciu zielonej słuchawki.
Nie potrafię wyrazić, co wtedy czułem. Serce waliło w piersi jak szalne, nie potrafiłem go okiełznać. Najpierw łomotało ze strachu i niepewności, a po tych słowach- z radości. Nie spostrzegłem nawet, kiedy po moich rozgrzanych po treningu policzkach spłynęły łzy.
- Mówiła... mówiła coś? - Nie potrafiłem zapytać wprost, czy chociażby słowem o mnie wspomniała.
- Nie wiem, o co wam poszło, ale jest na ciebie zła...
Zacisnąłem pięści. Byłem głupi, że tak to rozegrałem. Powinienem od razu jej powiedzieć, że wiem, ale tak bardzo bałem się, że po prostu zerwie ze mną kontakt. Tego bym nie zniósł, bo od samego początku coś mnie do niej ciągnęło.
- Dobra, zaraz tam będę.
- Wiesz, nie wiem, czy to dobry....
- Dobry! - Przerwałem. - Wszystko jej wyjaśnię.
ROzłączyłem się i wbiegłem na halę, by się zwolnić z treningu. Nie przebierajac się z treningowego stroju, łapiąc jedynie torbę z rzeczami, pobiegłem do samochodu i ruszyłem w stronę szpitala.
Cały drżałem. Bałem się tej chwili, jednak wbiegałem po schodach co dwa stopnie, aż na trzecie piętro. Z jednej strony chciałem to wydłużyć, a z drugiej strony chciałem ją już zobaczyć. Taką żywą. Znowu spojrzeć w jej oczy, znowu jej dotknąć. Już bez żadnych tajemnic.
Gniotłem w rękach uchwyt sportowej torby. Czułem, jak dłonie mi się pocą. Takiego stresu nie miałem przed żadnym meczem.
Sala numer 312 była lekko uchylna. Otarłem zimny pot spływający po mojej stroni. Serce łomotało tak, jakby za chwilę miało wyskoczyć z piersi.
Lekko zapukałem.
- Proszę. - Usłyszałem zachrypnięty, lecz wciaż melodyjny, słaby głosik.
Wdech wydech i wszedłem.
Siedziała na wózku inwalidzkim tuż przy oknie. Na kolanach miała koc, spod którego wystawała noga w gipsie. W rękach trzymała jakąś starą książkę, przeczytaną już do połowy. Spojrzała na mnie wielkimi, podkrążonymi zielonymi oczyma tak, jakby zobaczyła ducha.
- Wojtek... - Szepnęła pod noskiem.
W tym momencie po jej policzkach spłynęły łzy. Nie mogłem się ruszyć. Torba wypadła mi z rąk i upadła na podłogę.
- Wyjdź, proszę. - Powiedziała dosć surowo, zebrawszy w sobie na to siły.
- Nie. Nie, dopóki nie porozmawiamy. - Rzuciłem stanowczo.
W końcu do niej podszedłem, ale wciąż trzymając dystans. Nic na siłę.
Usiadłem na krześle i trwaliśmy w ciszy dobre dziesięć minut. To chwila zaledwie, która ciągnęła się w nieskończoność.
W końcu blondynka przemówiła.
- Ty... - Zaczęła niepewnie. - Od kiedy wiedziałeś?
- Od samego początku.
Spojrzała na mnie pytająco. - Jak to? Jak?...
- Myślisz - uśmiechnąłem się lekko, ale niepewnie - że pomyliłbym te piękne, zielone oczy?
Na moje stwierdzenie dziewczyna zmarszczyła nos i spuściła wzrok. Powstrzymywała się od placzu.
- Czuję się jak idiotka. Jak skończona kretynka.
Zerwałem się na równe nogi i do niej podszedłem. Kucnąłem tuż przy niej i złapałem ją za dłonie. Nie wyrwała się.
- Nie masz powodu. To ja schrzaniłem. Proszę, wybacz mi. Powinienem ci powiedzieć, ale się bałem. Że zerwiesz ze mną kontakt. A rozumiałem, że miałaś jakiś powód. Byłem przekonany, że niedługo mi powiesz.
Uniosła na mnie przeszklone łzami spojrzenie.
- Jakikolwiek bym nie miała powód - szepnęła - nie powinnam kłamać. To ja zachowałam się gorzej. Przepraszam, Wojtek. Mam nadzieję, że mi wybaczysz.
Nie spodziewałem się takiego zwrotu akcji. Byłem w takim szoku, że przez dobrą minutę nic nie mówiłem. I nic nie powiedziałem. Położyłem jej dłnie na mokrych policzkach i przylgnąłem do jej warg.
- Nigdy nie pozwolę ci odejść.- Oparłem czoło o jej własne.
- Więc mnie nie zostawiaj.
Wszystko wydawało się w koncu być tak, jak powinno.
W końcu zrozumiałam, co zrobiłam źle. Choć było już za późno... nie, nigdy nie jest za późno, by naprawić błędy, prawda?
Tak sobie to wmawiałam. Nie sądziłam jednak, że całe kłamstwo zabierze mi dach nad głową i to, na co tak ciężko pracowałam. Na właśny spadek. Na marzenia...


