sobota, 21 listopada 2015

15. Kinderki i koktajl truskawkowy.

Fajnie by było, jakbyś w końcu się obudziła. 
Tak, też bym chciała.
Brakuje nam ciebie, wracaj. 
Mi was też.
To moja wina. Moja, że tu leżysz. 
Nie, nie twoja, Wojtku.


Z ciemności wyciągały mnie głosy. Najpierw one, potem co raz bardziej jaśniejący punkt gdzieś na górze. Moją pierwszą myślą było, że głosy ucichły, bo umarłam, a idę.. ja wiem? Do nieba?
Zabawne, ale nie mogłam uwierzyć w to, że dowiem się za moment, co jest po śmierci. 
Nie pamiętałam dokładnie, co się stało. We wspomnieniach tkwi jedynie przeraźliwie jasne światło nadjeżdżającego samochodu, a w uszach dźwięczą piski moich przyjaciół. I WOjtka. Tak, jego pamiętam najbardziej. 
I choć w tamtym momencie chciałam umrzeć (bardziej metaforycznie, wiadomo), gdybym mogła, cofnęłabym czas. Ale skoro już... Boże, czy w niebie mogę liczyć na mój ulubiony koktajl truskawkowy i Kinderki? 
- Iza, co ty bredzisz. - Usłyszałam nagle.
 Czyli jednak nie będzie koktajlu i kinderek. 
 Podniosłam przemęczone powieki i spojrzałam na Kaśkę. 
- Jaki kurwa koktajl. Jakie niebo. - Skrzywiła się. Postukała się w głowę aktorsko. - Tu się jebnij. 
- Sorry, myślałam, że nie żyję. - Próbowałam się podnieść, jednak moje całe ciało było obolałe na tyle, że nawet nie ruszyłam się o milimetr. 
  Moja przyjaciółka pobladła. Chyba jednak takie cięte żarciki nie były na miejscu. 
- My... my myśleliśmy, że nie żyjesz kretynko! - Trzepnęła mnie w udo. Cholernie zabolało, jęknęłam. Ale cóż, chyba mi się należało. - Ładną akcję zrobiłaś , serio! - Oho, wpadała w słowotok nerwowy.  - Ty nie oddychałaś, rozumiesz!? I nie oddychałaś, dopóki nie przyjechało pogotowie, a potem cię zabrali i... ! 
Po jej policzkach spłynęły łzy. Złapałam ją za rękę.
- Jakbyś nie wiedziała, że ja się tak łatwo nie poddaję. - Chciałam ją jakoś podnieść na duchu. Niekoniecznie sama chciałam rozmawiać o tym, że prawie zginęłam. 
- Masz szczęście, serio. Ale jak tylko staniesz na nogi, masz kopa w dupę. Od wszystkich po kolei. - Lekko się uśmiechnęła, w końcu. 
- To co mam połamane? Bo w sumie nic nie czuję. 
- O dziwo, jedynie potłuczone żebra. I noga złamana. Ale ona w sumie już się zrasta. - Poinformowała mnie Kaśka. SPojrzałam na nią pytająco, no bo tak szybko? Gips się nosi długo. - Kochana, byłaś w śpiączce przez 2 tygodnie. 
 Zrobiłam niesamowicie wielkie oczy, na pewno większe niż pięciozłotówki. Dwa tygodnie! Dwa! To ja już nie miałam po co wracać do domu! Ciekawe jak moja macocha w ogóle zareagowała. Na penwo się dowiedziała, po co ja w ogóle byłam na hali w godzinach pracy....
 Wierzchem dłoni starłam spływające po policzku łzy, uważając na wenflon. NIe mówiłam jednak na głos, co mnie martwi. Oberwałoby mi się, że mam w szpitalu takie zmartwienia. 
- Wiesz, pójdę powiedzieć lekarzowi, że się obudziłaś. - Pogłaskała mnie troskliwie po przedramieniu i wyszła z sali. 
  Odprowadziłam ją spojrzeniem, po czym rozejrzałam się po pomieszczeniu. Białe ściany, oliwkowe firany. Obok mnie stało jedno szpitale łóżko, pięknie pościelane, jednak puste. W rogu wisiał telewizor, oczywiście wymagający opłaty za oglądanie. Z mojej prawej strony stała szafka, a na szafce bukiet pięknych, najróżniejszych kwiatów. O fioletowy, pękaty wazon oparta była koperta. 
Obolałą ręką sięgnęłam po list. Doskonale wiedziałam, od kogo. Mimo że się obawiałam, byłam chyba zbyt ciekawa, by tam nie zajrzeć alboo od razu potargać kopertę. 

Chyba nigdy nie zdołam wyrazić, jak mi przykro. 
Chyba nigdy nie cofnę czasu, by naprawić swoje błędy. 
Mogę jedynie czekać, aż się obudzisz. 
I powiedzieć przepraszam, licząc, że mi wybaczysz. 
                                               W. 

Nawet nie poczułam, jak po moich policzkach zaczęły spływać gorzkie łzy. Łzy pełne bólu i bezsilności. 
Starłam je szybko, gdy na salę ponownie weszła Kaśka, a zaraz za nią lekarz. List włożyłam pod poduszkę. 
- Witamy wśród żywych, panno Izabelo. - Przywitał się ze mną dobrze mi znany lekarz. 
  Czy powinno mnie to dziwić, że opiekował się mną wujek Wojtka? 
  Chyba nie bardzo. Ale był w moim guście, bo miał tak samo cięte żarciki, jak ja. 
- Witam ponownie, nie sądziłam, że spotkamy sie w tak krótkim czasie.
- Cóż, dla ciebie może i tak, jednak może jeszcze nie wiesz, ale spałaś sobie...
- ... dwa tygodnie, - dokończyłam za niego - tak, zostałam już poinformowana.
- Wyspałaś się? - Zapytał, przysiadając na krześle obok mnie.
- Nie.
  Zaśmiał się lekko, podczas gdy Kaśka zgromiła mnie znowu spojrzeniem. Potem wykonał serię podstawowych badań sprawdzając moje funkcje.
Gdy już wszystko zrobił, co musiał (a przynajmniej myślałam, że to będzie już koniec, ale się myliłam), zwrócił się do Kaśki.
- Teraz będę musiał zostać z pacjentką sam na sam.
  Choć nie chciała, to wyszła, a doktorek pochował dokumenty do teczki, i odkładając ją na szafkę, przysunął się bliżej mnie.
- Wiem, że to nie moja sprawa...- zaczął niepewnie.
- Dokładnie, nie pana.
- Wiesz, o co chcę zapytać?
- No o Wojtka. - Burknęłam.
  Nie kontynuował od razu, tylko nad czyms intensywnie myślał wpatrując się w jakiś punkt w pościeli.
- Nie wiem, co jest między wami, i to wasza sprawa. Nie zamierzam o to pytać. - Mówił. - Ale musisz wiedzieć, że wpakował się do karetki mówiąc, że ejst twoim narzeczonym, a jak tu dotarliście, postawił na nogi cały szpital, a mnie wyciągnął z łóżka po nocnej zmianie.
  Milczałam. Nie wiedziałam, co na to powiedzieć. Ale czy mnie to dziwiło? Nie. Czy mnie to poruszyło? Owszem, ale nie dałam tego po sobie poznać.
Doktorek kontynuował:
- Przesiedział całą noc i cały kolejny dzień przy tobie. Potem go siłą odesłaliśmy do domu i...
- Przepraszam, ale mnie to nie obchodzi. - Rzuciłam obojętnym tonem.
  Pięknie, wyrosłaś na świetną aktorkę, Izuniu.
  Lekarz westchnął.
- Dobra. Okej. - Zmarszczył brwi. - Ale jest jeszcze coś, mała formalność. Jak byłaś tu z bólem brzucha, wypełniłaś taki papierek który dołączyliśmy do twoich akt. Mianowicie, kto będzie informowany o twoim stanie zdrowia w razie wypadku i kto będzie podejmował decyzje o leczeniu, kiedy będziesz nieprzytomna. Wpisany jest Wojtek, także nie zdziw się, że wszystko wie.
  Zacisnęłam usta w wąską linię. Nie mogłam zaprzeczyć, że był mi bliską osobą, i że wcale nie żałowałam tej decyzji. 
  Lekarz wyszedł mijając się w drzwiach z Kaśką.
- Błagam, tylko ty nie mów nic o Włodarczyku. - Skrzywiłam się. 

- No tak, - rzuciła, ale raczej bardziej do siebie - to jego wujek więc mogłam się domyśleć, że będziecie mieć pogawędkę o tym, co Wojtek wyczyniał. 
- Ta...
- Ale wiesz, jemu po prostu zależy na tobie. - Wzruszyła ramionami. 
- Kaśka, on wiedział. Że Mała to Iza. Kłamał, nie wiadomo odkąd. 
- Jestem twoją przyjaciółką i zawsze będę stała po twojej stronie, ale - zasiadła na krześle i skrzyżowała ręce na piersiach - powiedz mi, ty nie kłamałaś? Nie powiem, kto zrobił gorzej, ale sama święta nie byłaś. A on zasługiwał na to, by wiedzieć. 
  Zacisnęłam pięści. Złość przeradzała się w żal i smutek. Racja. Kłamałam. Gorzej kłamałam. I właśnie to do mnie docierało...

***
Wojtek. 
Od kilku dni telefon miałem zawsze przy sobie, nawet na treningach leżał sobie na ławce i raz po raz na niego spoglądałem. Nie raz oberwałem piłką w głowę za brak koncentracji, ale cóż moglem poradzić. 
I gdy pewnego dnia w końcu zadzwonił, a  na wyświetlaczu pojawiło się imię wujka, wybiegłem z hali bez słowa. 
- Obudziła się. - Usłyszałem zaraz po naciśnięciu zielonej słuchawki. 
 Nie potrafię wyrazić, co wtedy czułem. Serce waliło w piersi jak szalne, nie potrafiłem go okiełznać. Najpierw łomotało ze strachu i niepewności, a po tych słowach- z radości. Nie spostrzegłem nawet, kiedy po moich rozgrzanych po treningu policzkach spłynęły łzy. 
- Mówiła... mówiła coś? - Nie potrafiłem zapytać wprost, czy chociażby słowem o mnie wspomniała. 
- Nie wiem, o co wam poszło, ale jest na ciebie zła... 
Zacisnąłem pięści. Byłem głupi, że tak to rozegrałem. Powinienem od razu jej powiedzieć, że wiem, ale tak bardzo bałem się, że po prostu zerwie ze mną kontakt. Tego bym nie zniósł, bo od samego początku coś mnie do niej ciągnęło. 
- Dobra, zaraz tam będę.
- Wiesz, nie wiem, czy to dobry....
- Dobry! - Przerwałem. - Wszystko jej wyjaśnię. 
 ROzłączyłem się i wbiegłem na halę, by się zwolnić z treningu. Nie przebierajac się z treningowego stroju, łapiąc jedynie torbę z rzeczami, pobiegłem do samochodu i ruszyłem w stronę szpitala. 
  
  Cały drżałem. Bałem się tej chwili, jednak wbiegałem po schodach co dwa stopnie, aż na trzecie piętro. Z jednej strony chciałem to wydłużyć, a z drugiej strony chciałem ją już zobaczyć. Taką żywą. Znowu spojrzeć w jej oczy, znowu jej dotknąć. Już bez żadnych tajemnic. 
Gniotłem w rękach uchwyt sportowej torby. Czułem, jak dłonie mi się pocą. Takiego stresu nie miałem przed żadnym meczem. 
Sala numer 312 była lekko uchylna. Otarłem zimny pot spływający po mojej stroni. Serce łomotało tak, jakby za chwilę miało wyskoczyć z piersi. 
Lekko zapukałem. 
- Proszę. - Usłyszałem zachrypnięty, lecz wciaż melodyjny, słaby głosik. 
 Wdech wydech i wszedłem. 
  Siedziała na wózku inwalidzkim tuż przy oknie. Na kolanach miała koc, spod którego wystawała noga w gipsie. W rękach trzymała jakąś starą książkę, przeczytaną już do połowy. Spojrzała na mnie wielkimi, podkrążonymi zielonymi oczyma tak, jakby zobaczyła ducha. 
- Wojtek... - Szepnęła pod noskiem. 
  W tym momencie po jej policzkach spłynęły łzy. Nie mogłem się ruszyć. Torba wypadła mi z rąk i upadła na podłogę. 
- Wyjdź, proszę. - Powiedziała dosć surowo, zebrawszy w sobie na to siły. 
- Nie. Nie, dopóki nie porozmawiamy. - Rzuciłem stanowczo. 
  W końcu do niej podszedłem, ale wciąż trzymając dystans. Nic na siłę. 
   Usiadłem na krześle i trwaliśmy w ciszy dobre dziesięć minut. To chwila zaledwie, która ciągnęła się w nieskończoność.
W końcu blondynka przemówiła. 

- Ty... - Zaczęła niepewnie. - Od kiedy wiedziałeś? 
- Od samego początku. 
  Spojrzała na mnie pytająco. - Jak to? Jak?...
- Myślisz - uśmiechnąłem się lekko, ale niepewnie - że pomyliłbym te piękne, zielone oczy? 
  Na moje stwierdzenie dziewczyna zmarszczyła nos i spuściła wzrok. Powstrzymywała się od placzu. 
- Czuję się jak idiotka. Jak skończona kretynka. 
  Zerwałem się na równe nogi i do niej podszedłem. Kucnąłem tuż przy niej i złapałem ją za dłonie. Nie wyrwała się. 
- Nie masz powodu. To ja schrzaniłem. Proszę, wybacz mi. Powinienem ci powiedzieć, ale się bałem. Że zerwiesz ze mną kontakt. A rozumiałem, że miałaś jakiś powód. Byłem przekonany, że niedługo mi powiesz. 
 Uniosła na mnie przeszklone łzami spojrzenie. 
- Jakikolwiek bym nie miała powód - szepnęła - nie powinnam kłamać. To ja zachowałam się gorzej. Przepraszam, Wojtek. Mam nadzieję, że mi wybaczysz. 
  Nie spodziewałem się takiego zwrotu akcji. Byłem w takim szoku, że przez dobrą minutę nic nie mówiłem. I nic nie powiedziałem. Położyłem jej dłnie na mokrych policzkach i przylgnąłem do jej warg. 
- Nigdy nie pozwolę ci odejść.- Oparłem czoło o jej własne.   
- Więc mnie nie zostawiaj. 

Wszystko wydawało się w koncu być tak, jak powinno.
W końcu zrozumiałam, co zrobiłam źle. Choć było już za późno... nie, nigdy nie jest za późno, by naprawić błędy, prawda?

Tak sobie to wmawiałam. Nie sądziłam jednak, że całe kłamstwo zabierze mi dach nad głową i to, na co tak ciężko pracowałam. Na właśny spadek. Na marzenia... 

~* *~
No hej! :)
Kolejny, niby pozytywny rozdział. Podoba się?
Jak myślicie, co będzie dalej? Czy Mała spełni swoje marzenia? Czy ułoży jej się z Wojtkiem?? Jak zareaguje jej macocha na nowinkę o pobycie w szpitalu
i o tanecznych wyczynach pasierbicy? 



wtorek, 17 listopada 2015

14. Ostatni taniec, ostatnia gra?...

Opowiem wam historię pewnej głupiutkiej i naiwnej dziewczyny. Dziewczyny, która grała. Która kłamała. I niestety jej to nie wyszło.

***

Czas niesamowicie tego dnia biegł do przodu. I nie, wcale mi się nie wydawało. O dziwo, im bliżej było występu na hali, tym bardziej się stresowałam. Czym? Nie wiem - występ jak występ przecież. Będę zamaskowana, z peruką na głowie. Czego się bać?
No właśnie, nie było czego, a mimo to napięcie rosł, a atmosfera stawała się co raz bardziej nerwowa. Przeze mnie.
W pracy starałam się zająć myśli czymkolwiek innym, aniżeli tańcem. Modliłam się w dodatku, by tego dnia nie zachciało się Włodarczykowi wpaść na kawę. Na całe szczęście, darował sobie tę przyjemność.
- Mała, dawaj kawę! - Usłyszałam za plecami, gdy wycierałam jeden ze zwolnionych stolików.
Na miejsce przy nim zasiadł nie kto inny jak Siwy. Zgromiłam go spojrzeniem za ksywę w miejscu publicznym.
- Wiesz, gdzie jest kuchnia. - Burknęłam.
- "Wstęp tylko dla personelu" - zacytował, rozwalając się wygodnie na krześle i zakładając nogę na nogę.
- Jakbyś tam nigdy nie wchodził, człowieku. - Westchnęłam głęboko.
Kuba nigdy nie zamawiał. Wchodził na kuchnię, mobilizował panią Basię do zrobienia mu śniadania, a sam sobie zaparzał kawę. Był dla mnie i Kaśki jak brat, no, może dla mnie bardziej. A dla pana Stasia i pani Basi niczym wnuczek. Aczkolwiek zawsze zbierało mu się po łbie.
- Oj tam, oj tam! - Machnął aktorsko ręką. - W ogóle jak tam humorek przed meczem?
  DObre pytanie.
 Zrezygnowana opadłam na drugie krzesło i podparłam głowę na dłoniach.
- Mecz mnie nie obchodzi, gorzej z występem. - SPuściłam wzrok na chwilę, zatapiając spojrzenie w jakimś nie wytartym punkcie na stoliku. Złapałam szmatkę i starłam na błysk. W końcu podniosłam wzrok na czekającego na rozwinięcie wypowiedzi dredziarza. - Nie wiem, Kuba, ale mam złe przeczucia. Jakiś taki... stres.
- A głupoty gadasz, przecież nic sie złego nie stanie. Występ jak występ, skarbie. - Złapał mnie za dłoń, dodajac otuchy.
- Skoro tak mówiśz..
- Pamiętaj, złego diabli nie biorą! - Zaśmiał się, za co trzepnęłam go w ramię. 
- Kto niby taki zły, Izunia? - Wtrąciła się Kaśka, zasiadając na krześle przy naszym stoliku z kubkiem gorącej kawy. - Gdzie tam. 
- Iza nie, Mała tak. - Poruszał aktorsko brwiami Siwy. 
- A głupoty teraz gadasz Kuba. - Powiedziałam. 
 Ciężko było to przyznać, ale miał rację. Tu zgrywałam taką niewinną dziewczynę, a jak zakładałam maskę, byłam kompletnie inną osobą. Jak to mówią, kłamstwo ma krótkie nogi. Ciekawe, kiedy mi się noga powinie i wszystko wyjdzie na jaw?..
Miałam nadzieję, że nigdy. 

Kilka godzin później Zgromadziliśmy się kilkanaście minut przed meczem, by razem zrobić wielkie wejście na halę. Dzisiejszy występ miał być stricte cheerleaderski, aczkolwiek popisowy. Dużo wyrzutów, podrzutów, fikołków, wyskoków, salt. Musiałam zatem umocować dobrze perukę gumką od maski, ażeby nie spadła.
 Stroje mieliśmy na sobie. Żółto-czarne, pasujące do barw naaszego siatkarskiego klubu.
 Weszliśmy do budynku, jak już były zamknięte kasy biletowe a kibice siedzieli na miejscach. Kuba dał mi znać, że już wszystko gotowe i czeka na sygnał. Upewniłam się, że wszyscy byli gotowi i ruszyliśmy na salę.
Światła przygasły. Świetna robota, Siwy, idealny moment. ROzległa się muzyka a my wpadliśmy na parkiet oświetleni jedynie jednym reflektorem.
- Dawać, dawać! - Krzyknęłam do przyjaciół.
  Kibice wstali z miejsc, głośno nas oklaskując. Wszyscy nas lubili oglądać.
Tańcząc znowu zapomniałam o całym świecie. I choć raz po raz napotykałam wzrok Wojtka, który stał wraz zkolegami z drużyny koło ławki rezerwowych, dałam z siebie wszystko.
Byłam dla tańca, a taniec był dla mnie. Nic innego się nie liczyło.
Ostatnia figura, ostatni podrzut, owacje na stojąco. CIężko oddychając pobiegłam za przyjaciółmi i stanęliśmy po drugiej stronie boiska, by nikomu nie przeszkadzać. Mecz się rozpoczął.
  Nikt nie był chyba tak bardzo zainteresowany przebiegiem spotkania, jak ja. No dobra, jeśli nie meczem, to Włodarczykiem. Zachowywał się dzisiaj dziwnie. Inaczej: grał dziwnie. Wyglądał na podenerwowanego, większość ataków szła w aut. DLatego w połowie pierwszego seta trener go zdjął na ławkę.
- Twojemu kochasiowi coś nie idzie. - Zaśmiał się Brodaty, jednak darowałam sobie odpowiadanie na tę uwagę.
Nie szło mu, to prawda. DLatego miałam ochotę tam podejsć, zająć miejsce obok niego, złapać go za rękę i dodać otuchy. Powiedzieć, że będzie dobrze. Kazaać mu uspokoić zszargane nerwy po różnych przegranych akcjach, doprowadzić do porządku.
  Mecz przebiegał opornie dla Skrzatów. Nerwowo spoglądałam na wynik na tablicy. Jej, Iza, od kiedy tak przeżywałaś mecz jakiejś tam siatkówki? CHyba udzielało mi się od siatkarza. Raz po raz wstawał, jak sędzia dyktował punkt dla przeciwnika, jego zdaniem niesłusznie. To już było naprawdę duże zdenerwowanie.
  Zasiadłąm na jednym z krzeseł. Wtedy on wstał i podszedł do trenera. Chciał wejść an boisko, ale został odprawiony do pozostałych, niegrających graczy.
Przegrali pierwszego seta. W ramach rozluźnienia atmosfery, która panowała wśród żółto-czarnych kibiców, daliśmy krótki, minutowy występ.
Drugi set. WOjtek dalej nie był na boisku, aczkolwiek po kilku punktach zaczął rozgrzewać ręce. Oznaczało to, że za chwilę wkroczy do akcji.
- Dawać, chłopaki! - Krzyknęła Kora, która stała obok mnie.
CHyba nam wszystkim się udzieliło.
  W końcu trener wpuścił Wojtka na boisko, przy wyniku 14 do 13 dla drużyny przeciwnej. To był dobry pomysł, ponieważ wyszliśmy na prowadzenie na drugiej technicznej właśnie dzięki neimu.
  WIecie, dobra zmiana. Ale ja bym go zmieniła. Nie wpuściłabym go, źle się z nim działo. Widziałam to na taką odległość. Zdobywał punkty, ale na jego twarzy pojawiał się za każdym razem krzywy grymas, gdy lądował na nogach.

23:20 dla naszych. To był moment. Chwila zaledwie, kiedy Włodarczyk po bloku upadł i jak długi poleciał wzdłuż parkietu. Momentalnie zawył i podciągnął nogę pod klatkę piersiową. Kurczowo uczepił się swojej kostki.
- Kurwa. - Syknęłam sama do siebie, totalnie nie zważając na to, że stoję przy wejsciu wraz z przyjaciółmi.
Minęłam ich, minęłam bandy. To był odruch. Przepchnęłam się również pomiędzy zawodnikami, którzy otoczyli Wojtka leżącego na parkiecie.
Na hali panowała cisza. Straszliwa cisza.
Pierwszy raz od bardzo długoego czasu poczułam, jak to jest tak bardzo się o kogoś martwić..
- Podnieście go i na ławkę. - Rozkazał jeden z kadry, chyba fizjoterapeuta.
Wrona i Kłos złapali go z dwóch stron i podnieśli. Zaciskał zęby z bólu, nie mogłam znieść jego widoku. SPojrzał na mnie, ale tylko na chwilę.
I tak nie wiedział przecież, że ja to ja.
Wiedziałam, że nie powinnam okazywać mu takiej troski. Ale najzwyczajniej w świecie usiadłam obok niego. Nie myślałam o tym, że wszyscy w tym momencie zastanawiają się, co łączy Włodarczyka z zamaskowaną ciemnowlosą dziewczyną. Nie myślałam o tym, że przecież na trybunach siedziała ruda małpa i na ppewno nie była zadowolona z mojego zachowania.
- Co mu jest? - Wydobyło się z moich ust.
- Na razie to nie wiem - odpowiedział starszy pan - ale trzeba mu to zamrozić. - Zaczął psikać mu nogę lodowatym sprayem. - Siedź i się nie ruszaj, idę po apteczkę.
  Choć Wojtek cierpiał, zdobył się na delikatny uśmiech skierowany w moją stronę.
- Ofiara ze mnie, nie? - Zaśmiał się, choć wciaż marszcząc brwi.
- Widziałam gorsze.
  Wtedy złapał mnie za rękę. Byłam w szoku.
- Dzięki, że jesteś.
- W sumie nie powinnam... - wyrwałam się z jego uścisku - nic ci nie jest, więc pójdę.
  Wstałam i chciałam odejść, kiedy on ponownie złapał mnie za nadgarstek.
- Zostań, Iz... - Urwał szybko.
W tamtym momencie serce mi stanęło. Dosłownie. Bałam się odwrócić w jego stronę i spojrzeć mu w twarz.
On wiedział. Wiedział, kim jestem.
Boże, ale ze mnie idiotka.
- Ty...-  Spojrzałam na niego w końcu. Był w szoku. Nie chciał mi mówić po imieniu. Wyrwało mu się. TO było widać. - Ty... - W oczach nagromadziły mi się łzy.
- Ja... - Zaczął niepewnie. - Proszę usiądź, wyjaśnię...
- Oszukałeś mnie. Kłamałeś. - Szok przeradzał się w złość. - Wiedziałeś, robiłeś ze mnie idiotkę, odkąd co?! - Uniosłam głos. Wtedy pozostali siatkarze z łąwki rezerwowych zaczęli nam się przyglądać.
  RUszyłam przez salę, a on mimo bólu nogi wstał i jeszcze mnie złapał. Jęknął, gdy stanął na kontuzjowanej stopie.
- Proszę, stój! - Rzucił błagalnie.
Ja jednak... nie mogłam. Już płakałam. Z jednej strony cierpiałam, widząc go w takim stanie, z drugiej strony... czułam się jak skończona idiotka. Wiedział. Od kiedy? Wiedział, jak z nim sypiałam? Wiedział, jak przychodził do baru?...
- ZOstaw mnie. - Warknęłam i pobiegłam w stronę wyjścia.
Na zewnątrz już było ciemno. I ostatnie, co pamiętam, to jak idę w kierunku ulicy. Łapię za perukę i gwałtownie ją ściągam z głowy. Wszystko szlag trafił.
Wybiegły za mną moje przyjaciółki. Wybiegł Wojtek, kulejąc - widziałam to zerkając przez ramię.
Spojrzałam na niego. Ostatni raz. 
I wtedy był pisk opon, oślepiające światła. Krzyk siatkarza i dziewczyn.
Zapadła ciemność.


***Po pierwsze przepraszam, że rozdział krótki, aczkolwiek następny się za to szybciej pojawi. :)Po drugie, sorka za błędy, nie sprawdzałam. Jesteście tu jeszcze????









środa, 11 listopada 2015

13. "Tak bardzo go lubię".

To była naprawdę ciężka i wyczerpująca noc. Dodam jeszcze, że całkowicie nie przespana. Nawet na minutę nie zmrużyłam oczu. Raz po raz pod moimi powiekami gromadziły sie gorzkie łzy, których nie bylam w stanie zatamować. Które spływały po moich policzkach średnio raz na dziesięć minut. Przez calutką noc.
Zwymiotowałam, gdy miałam iść rano do pracy. To wszystko mnie przerastało. Ukrywanie się. Praca. I sam fakt, że byłam.... że byłam zakochana.
Nie chciałam sie sama przed sobą do tego przyznać. Choć nie znałam Wojtka długo, zagościł w moim sercu i to mnie przerażało.
Cóż, tego dnia zagościł nie tylko w moim narządzie wewnętrzym, ale i w knajpce. Jak to miewał w zwyczaju, wpadł tam z rana i zażyczył sobie kawy na śniadanie.
- Iza ! - Zawołał za mną. Oczywiście, chciałam z nim porozmawiać, ale nie mogłam. Automatycznie zrobiłam zwrot w drugą stronę i jak długa przemaszerowałam na kuchnię.
Tuż za mną wpadła Kaśka.
- Ten idiota chciał wleźć za tobą tutaj. - Burknęła. - Co się dzieje, wyłaź do niego!
- Nie chcę. Nie mogę.
Przyjaciółka zmarszczyła brwi.
- Nie możesz czy nie chcesz? - Dopytywała się.
I cóż ja mogłam jej powiedzieć?
- Nie mogę. - westchnęłam. Oparlam się o blat i wtopiłam wzrok w podłogę. - w sumie to i lepiej.
- Co ty gadasz - złapała mnie za ramiona i potrząsnęła mną- kto ci takich rzeczy nagadał?
- Oliwia,  ona wszystko juz wie i ... o cholera . - złapałam się za usta i wyleciałam z kuchni, wpadając co łazienki po drugiej stronie.
Zwymiotowałam . Znowu, jak rano. Co się działo,  czym ja się zatrulam?
Chyba że. .. nie, nie , nie , nie!
- Iza, co ci jest? Co się dzieje?  - Do toalety wpadł nie kto inny jak Wojtek.  No super !
Na sama myśl, że mogę być w ciąży i ze to on może być ojcem , zemdlilo mnie znowu. Siatkarz złapał moje włosy do góry .
- Iza,  czy ty.... -zapytał ostrożnie, ale bał się dokończyć tego pytania. Jednak doskonale wiedziałam o co mu chodziło.
Spojrzałam na niego kątem oka, marszczac zlowrogo brwi.
- Tak Włodarczyk,  a ty jesteś ojcem . - skrzywilam się.  O ironio,  jeśli naprawde byłabym w ciąży,  to on naprawdę byłby ojcem. Ale na szczęście on o tym nie wiedział. Poza tym w ciaży nie byłam na pewno. - Oszalales idioto.  - Dodałam ostro, po czym wstałam i podeszłam do umywalki, by wypłukać sobie buzię.
Wtedy weszła do łazienki również Kaśka.  Zero prywatności.
- Zbieraj się, jedziemy do szpitala. - poinformowała mnie.
- Kasia, ja z nią pojadę.  - Wtrącił Wojtek, nie dając mi dojść do głosu.
- Czy wyście poszaleli?  Przeżyje,  tylko się zatrułam czymś!
Pewnie alkoholem, dodałam w myślach.
- Kobieto,  pomyśl o rude malpie.  Jak zobaczy, że zamiast pracować siedzisz w kiblu i wymiotujesz będzie zła.  A tak to dostaniesz tabletki przeciwwymiotne i voila.
Argument Kaśki od razu do mnie trafił.
Zebrałam się więc i zapakowałam do samochodu siatkarza, który już na mnie tam czekał. W drodze do pobliskiego szpitala w ogóle się nie odzywałam. Wojtek też nic nie mówił. W ogóle nie rozumiałam jego zachowania. Stresował sie, jakbym była co najmniej jego żoną spodziewającą się jego dziecka. Już nawet się zatruć nie można. A może to po prostu głupia jelitówka? A może.. stres?
Gdy dotarliśmy na miejsce, musiał siłą wyciagnąć mnie z samochodu. Panicznie bałam się szpitali. To chyba był jakiś syndrom białego fartucha, czy jakoś tak. Widzisz lekarza- wiej, gdzie pieprz rośnie.
W końcu jednak stanęliśmy przy rejestracji. Oparłam się o blat, lekko się garbiąc, by pohamować ewentualne wymioty (zakłądając, że ten odruch jakkolwiek można zahamować).
- Dzień dobry, w czym mogę pomóc? - Zapytała młoda pani o jasnych włosach. Kątem oka dostrzegłam, jak zahipnotyzowana spogląda w oczy siatkarzowi.
 Fuknęłam pod nosem i odwróciłam spojrzenie w drugą stronę. On mnie przytachał, niech on załatwia.
- Moja dziewczyna od rana źle się czuje, ciągle wymiotuje. - Gdy to powiedział, mnie momentalnie zatkało. A potem zemdliło, żeby było zabawniej. Ale udało się powstrzymać refluks.
Milczałam, ale ponownie odwróciłam się w ich stronę.
Kobieta w rejestracji nagle spuściła wzrok i spoglądała wszędzie, byle nie na niego. Jej spojrzenie nagle było obojętne, bez wyrazu. Ciekawe, ciekawe.
- Dobrze, w takim razie prroszę wypełnić te papiery. Pielęgniarka zawoła na SOR. - Podała plik kartek i długopis.
 Odeszliśmy na bok i zasiedliśmy na krzesłach w poczekalni. Wojtek wypełniał papiery, ja zwinęłam się w kłębek i próbowałam nie myśleć o tym, jak mi niedobrze.
- Dobra... to wiem, to wiem... - wypełniał - pesel podaj - podałam z pamięci - teraz potrzebuje nazwisko, imię i telefon osoby, która może być informowana o twoim stanie zdrowia.
- Wpisz siebie.
  Uniósł wzrok znad kartek i spojrzał na mnie pytająco.
- Podobno jesteś moim chłopakiem .  - Zaśmiałam się lekko, na tyle na ile pozwalało mi samopoczucie. Nawiązanie do sytuacji sprzed kilku minut spowolniło wypełnianie papierów.
- Widziałem, że byłaś zazdrosna, więc chciałem rozładować atmosferę. -Uśmiechnął się szelmowsko.
- Ja? Zazdrosna? O ciebie? - ZMarszczyłam czoło i nerwowo się zaśmiałam. - Dobre. Ale na poważnie, wpisz siebie, jeśli nie masz nic przeciwko. Po prostu jesteś jedna z bliższych mi osób w tym czasie, Wojtek. - Wyznałam zupełnie szczerze.
Chwilę patrzył mi w oczy, głęboko nad czymś rozmyślając. Potem jednak spuścił wzrok i wpisał swoje dane.
- Ok, gotowe. Zaniosę to i wyjdę zadzwonić, zaraz wracam.
Nie było go dłuższą chwilę,  i w tym czasie pielęgniarka zabrała mnie na sor.  Kazała mi się położyć na jednym z łóżek , wiec niechętnie, ale to zrobiłam. Rozejrzałam się po sali. Był jeden mężczyzna któremu się przysneło, i mały chłopiec, przy którym siedziała jego mama. Trzymała go za rączkę i ciągle do niego mówiła.
Ciekawe,  jakby to było dalej mieć mamę.
- pani Izabelo , za chwilę przyjdzie lekarz internista i panią przebada. W tym czasie pobiore krew do badania i zmierzę ciśnienie.  - poinformowala mnie pielęgniarka i cierpliwie pozwoliłam jej zrobić to, co zapowiedziała.  Dalej mnie szarpało na wymioty, ale juz nie miałam co zwracać.  Chociaż tyle .
Wyszła z chyba litrem mojej krwi mijając się w drzwiach z Włodarczykiem.
- No i jak się czujesz ?
- Dobrze,  ale teraz spadaj na trening . Nie uciekne stąd . - obiecałam.
Przysiadł na krześle obok mojego łóżka .
- Oszalałas. Dzwoniłem do Wrony, przekaże trenerowi że dziś mnie nie będzie.
- ale.,,
- no chyba można mieć ważne sprawy do załatwiania, nie? - uśmiechnął się czule.  - poza tym co to za trening jak ciągle zastanawialbym się co u ciebie, oberwalbym pewnie za brak skupienia piłką w łeb .
Zaśmiałam się ma to stwierdzenie choć w sumie nie powinnam być zadowolona, że chłopak zaniedbuje przeze mnie swoją pracę.  - Dzień dobry, dzień dobry! - na salę wszedł lekarz, który przerwał nam rozmowę.  Ku mojemu zdumieniu Wojtek wstał podał mu rękę i powiedział :
- No dzień dobry, wujku.
- Cześć Wojtku,  cześć. - uśmiechnął się do niego, po czym wzrok skierował na mnie. - A to musi być panna Izabela jak mniemam?
Skinelam głową,  potwierdzając tożsamość.  Choć wciąż byłam w takim szoku, że nie bylam w stanie nic powiedzieć.  - Więc tobie panie Włodarczyk juz po dziękujemy,  zapraszam do poczekalni .
Niechętnie,  ale siatkarz wyszedł.  Na całe szczęście,.
- Więc co się dzieje ? - zapytał z wyraźną troska w głosie .
Powiedziałam jakie mam objawy wiec dokładnie przebadał mój brzuch począwszy od zwykłego dotykania, poprzez usg jamy brzusznej.  Przy tym ostatnim badaniu się bałam , ale na całe szczęście nie wykazało ciąży czy coś.
- Wygląda to na zwykłe zatrucie... - Mówił, analizując moje wyniki z krwi. - W takim razie podamy jeszcze leki dożylnie i będzie pani mogła wracać.
- Super, dziękuję, panie doktorze. - Uśmiechnęłam się.
- A jeśli mógłbym, tak przy okazji... - nachylił się nade mną stanowczo za bardzo. Wzdrygnęłam się.- Przepraszam za tak prywatne pytanie - rzucił konspiracyjnie - jesteście parą?
  Czułam, że cała robię się czerwona. Dosłownie.
- N... nie. Jesteśmy przyjaciółmi, jeśli pyta pan o moje relacje z Wojtkiem. - Wydukałam z siebie, spuszczając wzrok w podłogę.
Cmoknął, chyba niezbyt zadowolony z takiej odpowiedzi. - No nic. - Powiedział już głośniej. - Nie wiem, jak to będzie, ale musisz wiedzieć, że non stop o tobie gada. Pójdę już po niego, bo pewnie się martwi. - Uśmiechnął się szczerze. - Do zobaczenia, Izabelo.
 Wyszedł z sali.
  W tamtym momencie niekoniecznie chciałam widzieć siatkarza. Jak mu spojrzeć w oczy po takiej rozmowie z jego własnym wujkiem? Pewnie będzie się pytał. A może nie?
  Przysunął krzesło bliżeł szpitalnego łóżka i zasiadł.
- I co?
- Hm. Generalnie podadzą mi leki przeciwwymiotne, jakieś zatrucie. - Rzuciłam obojętnie. - Obyłoby się bez tej wyprawy.
  Wojtkowi ulżyło. O dziwo. Przecież nie miał powodu, żeby martwić się o ciążę. Przecież nie wiedział, że to właśnie ja z nim spałam.
- To dobrze. Martwiłem się, że to coś poważniejszego. - Uśmiechnął się lekko i złapał mnie ostrożnie za dłoń. Wzdrygnęłam się, ale nie wyrwałam.
- Dzięki. Dobrze mieć takiego przyjaciela, naprawdę. - Wybrnęłam z sytuacji, gdyż robiła się dziwnie napięta, a w powietrzu wisiało coś dziwnego. Coś, czego nie chciałam.
Siatkarz zacisnął usta w wąską linię. Spoglądał na mnie mocno coś analizując, jednak po chwili nowu powrócił jego normalny wyraz twarzy.
- Mam nadzieję, że mój wujek ci nic nie nagadał. Stanowczo zbyt dużo mówi ludziom i wtyka nos w nie swoje sprawy. - Westchnął głęboko.
Pokręciłam głową. - Nie, nic nie mówił. - Skłamałam. - Bardzo uprzejmy człowiek.
I na spokojnej pogawędce zleciał nam czas spędzony w szpitalu.
Naprawdę, jak ja mam z nim nie rozmawiać, kiedy tak bardzo to lubię?


Wieczorem odbył się nasz trening. Choć nie chcieli mnie wpuścić na halę z powodu mojej niedyspozycji, uparłam się. Następnego dnia przecież mieliśmy znowu wystąpić przed bełchatowską (i nie tylko!) publicznością. Podobno nasze Skrzaty podejmowały Bielsko. Wiecie, nie pytajcie, bo ja się nie znam. 
W każdym razie, jeden telefon szefa wystarczył, byśmy ruszyli tyłki i poćwiczyli nowy układ, tym razem stricte cheerleaderski. Nowe stroje, nowe maski. Nowe przeżycie. 

***

Z perspektywy czasu, po kilku dniach od tego jednak feralnego dla mnie meczu, nie potrafię w to wszystko uwierzyć. Wszystko .. wszystko się zmieniło. To trochę zabawne, nie? Jak w przeciągu dosłownie pięciu minut całe życie moze się wywrócić do góry nogami. Wszystko się diametralnie zmieniło. Leżę totalnie unieruchomiona w białej pościeli, skazana na własne myśli. Moje oczy walczą z napływającymi łzami. Moje serce boli i razem z rozumem karzą mi wiać gdzie pieprz rośnie.
No bo.. z czym ja zostałam? Z niczym. 

Wszystko przez jeden cholerny mecz. 


~* * *~Wiem, że mnie długo nie było. Przepraszam! Obiecuję poprawę. 

Jesteście tu jeszcze? 

Ps. Sorka za błędy, nie sprawdzałam!