środa, 29 lipca 2015

10. Wybawiciel.

Spojrzałam w stronę drzwi. Stał, oparty o framugę, lekko przygarbiony. I przyglądał mi się z uśmieszkiem przyklejonym do gęby.
Bufon. 

- Długo tu stoisz? - Burknęłam. Byłam bardzo speszona tym, że mi się przyglądał, ale nie dałam tego po sobie poznać. 
- Wystarczająco. - Rzucił w  odpowiedzi.
Odepchnął się od framugi i wszedł do środka, zamykając za sobą drzwi. Że też ja ich wcześniej nie zamknęłam na klucz. Miałam nauczkę na przyszłość!
- Chcesz czegoś? Zajęta jestem. 

 Siatkarz najzwyczajniej w świecie oklapł na obrotowym krześle od mojego biurka. CHolera. Była otworzona stronka M.A.D na komputerze, a ja - jako administratorka!  Szybko tam doskoczyłam i nim się zorientował, zamknęłam laptop. 
- Ojej, co ci się stało? - Zwrócił uwagę na moją oplastrowaną rękę. Fajnie, wczas zauważył, zwłaszcza że widział mnie wczorajszego dnia. 
- Ojej, a od kiedy cię to interesuje? 
  Zmarszczył brwi. Mina mu wyraźnie zrzedła. 
  Cofnęłam się i siadłam na parapecie, krzyżując ręce na klatce piersiowej. Postawa oznaczająca wrogie nastawienie. 
- Cóż ty taka kąśliwa dzisiaj, co? 
- Tak samo, jak ty wczoraj do przyjaciół. 
  Nic nie mówił, tylko analizował w głowie to, co powiedziałam. Po chwili zaśmiał się krótko pod nosem. - Byłem zły, tyle. 
- Może ja też jestem. - Wciąż nie spuszczałam z niemiłego tonu. 
- Czemu? 
- Chyba nie twój biznes? 
  Chciał cos powiedzieć, ale w ostatni momencie się powstrzymał. Zamknął buzię i z ust zrobił prostą, cienką linię. 
  Wstał. Byłam przekonana, że sobie pójdzie - za co podziękowałabym z całego serca - jednak on wygodnie rozwalił się , leżąc na łóżku. Doprawdy. 
- Impreza jest na dole. - Pouczyłam go, jednak on ani drgnął. 
- Daj mi chwilę.
  I myślał, wpatrując się w mój sufit. Choć próbowałam się powstrzymać, nie mogłam i wciąż mu się przyglądałam. Ścisnęło mnie w brzuchu, gdy włożył rekę pod koszulkę, trochę odsłaniając przy tym swój umięśniony brzuch. On się jedynie podrapał, a mi momentalnie zrobiło się upiornie gorąco.
  ZNowu w głowie miałam tę sobotnią galę, tą przygodę. Ten seks. Ale nie mogłam dać tego po sobie poznać. Musiałam stłumić w sobie wszystkie emocje. 

Hmm, ciekawe czy mu się chociaż podobało? 
- Kurwa. - Przeklęłam pod nosem. Izka, opanuj się! 
- Mówiłaś coś? - Wojtek lekko podniósł głowę. 
- Tak, że możesz już zebrać łaskawie swoje cztery litery, bo dziś odpoczywam. Sama. 
- Nie zwracaj na mnie uwagi. - I dalej leżał. 
  Sięgnęłam zatem po książkę. Zostały mi raptem dwa rozdziały, więc postanowiłam ją dokończyć. Zająć czymś myśli.
Przez piętnaście minut przeczytałam tylko jedną stronę, a i tak guzik z niej wiedziałam. Raz po raz, kątem oka zerkałam na niego. Nie mogłam się powstrzymać. Uwierzycie, że on tylko leżał i wpatrywał się w sufit? Czasem sama spojrzałam do góry, ale niestety nic tam ciekawego nie znalazłam. 

Po tych piętnastu minutach w końcu się odezwał. 
- Powiedz mi, dlaczego ona się ukrywa? - Zapytał, nawet na mnie nie spoglądając. A mnie oblały zimne poty. Pytał o Małą, doskonale o tym wiedziałam.
- Ale kto? - Udawałam, że nie wiem. - Ta dziewczyna z M.A.D.? 
- Tak, ta w masce. - Potwierdził. 
- Nie wiem, widocznie ma jakiś powód dla którego nie chce się pokazać....
- Ale... wiesz, przecież nikomu bym nie wygadał. - Mlasnął zniesmaczony. - A naprawdę chciałbym wiedzieć, kim jest. Wciąż o niej myślę. 
  Super. Wojtku Włodarczyku, przeszedłeś teraz samego siebie. Że przyszedłeś do mnie, aby o niej ponawijać. Brawo! Oklaski na stojąco! 
- Łatwiej byłoby mi to wszystko zrozumieć. - Dopowiedział. - Wiesz, jakby powiedziała, dlaczego jest tak, a nie inaczej. I serio zachowałbym to wszystko dla siebie. 
- Ale widocznie ma powody, dla których ci nie ufa. Człowieku, ledwo cię zna. - SPojrzał na mnie w końcu, marszcząc czoło. - Albo i w ogóle cię nie zna. - Pokazałam mu "okejkę". 
- No chyba taki zły nie jestem. - Uśmiechnął się w końcu. 
  Uniosłam jedną brew ku górze. SIatkarz już się zbierał, dlatego nic nie powiedziałam. Chciałam... żeby sobie poszedł. Niezbyt widziało mi się rozmawianie o dziewczynie, w której się zakochał - choć to w sumie byłam ja. Ale to mi tylko sprawiało ból. Ból, bo sama byłam w nim zakochana, ale nie mogłam się do tego przyznać. Nie mogłam mu wyznać prawdy. 
Nim wyszedł z pokoju, odwrócił się jeszcze.
- Nie było cię dzis w barze. - Stwierdził. - Jutro będziesz?
- Niestety, mam szlaban. - Obojętnie wzruszyłam ramionami. 
Wytrzeszczył na mnie oczy, nie dowierzając. - Szlaban. - Powtórzył. - Na pracę. 
- Tak, też nie wiem, czy się śmiać czy płakać. 
- Ech... i z kim ja jutro wypiję kawę... - Westchnął, po czym już nie czekając na odpowiedź, wyszedł z pokoju. 
Tym razem zamknęłam drzwi na klucz. Z dołu słychać było śmiechy i rozmowy. ZNowu jednak założyłam słuchawki, co by mi już nikt nie przeszkadzał. Położyłam się na łóżku, na brzuchu; dokładnie w miejscu, gdzie leżał jeszcze chwilę temu Włodarczyk. I gdy poczułam jego zapach, mocno wtuliłam się w kołdrę.
Gdybyś tylko mógł wiedzieć...
Nawet nie wiem, kiedy zasnęłam, zmęczona wszystkimi ostatnimi wydarzeniami. 

Następny dzień był tak samo paskudny jak ten. Znowu zostałam bestialsko obudzona, nawet wcześniej niż zwykle. Do tego się jednak przyzwyczaiłam. W każdym razie, męczyło mnie to siedzenie w domu, ale cóż mogłam. Macocha miała wrócić zaraz po obiedzie to nie było szans, bym gdziekolwiek się wybrała. Przynajmniej na razie, nie chciałam się jej narażać. Prędzej czy później, sama mnie wyśle do roboty, nie?
  Z nudów poszłam do salonu i się wygodnie rozłożyłam. Przerzucałam z kanału na kanał, aż trafiłam na Polsat Sport. Powtarzali jakiś mecz siatkarski jeszcze z ubiegłego sezonu. Akuratnie grał nasz klub z jakąś Resovią. Niezbyt się znałam na siatkówce, ale postanowiłam trochę obejrzeć. Chyba doskonale wiecie, czemu....
No właśnie, Wojtek. 
 Nie nacieszyłam się jednak obrazem, bo głowa mi opadła na poduszkę i powieki same się zamknęły, a ja przysnęłam. Dopiero trzaskanie w kuchni mnie obudziło po jakimś czasie. 
CO u licha!
Na ekranie trwał już trzeci set, a włączyłam przecież na pierwszym. Ładnie mi się przysnęło. Ale to nie było ważne. Ktoś był w kuchni, słyszałam to wyraźnie.
Wzięłam wazon, by w razie czego zaatakować nim przeciwnika. WIdziałam to na filmach; wiecie, rozwalić coś szklanego na głowie wroga i bam, mdleje.
Cholera, naoglądałam sie stanowczo zbyt dużo jakiś horrorów. 

Mimo tego, że zbeształam się w myślach z a ten pomysł, wzięłam stary wazon i ostrożnie skierowałam sie do kuchni. Serce waliło mi jak oszalałe, a po skroni spłynęła kropla potu. 
Ale... coś mi tu nie pasowało. Mianowicie, cudowny zapach świeżo zaparzonej kawy. 
- O, dzień dobry! - Powitał mnie radośnie Włodarczyk. Skierował wzrok na moją broń. - Dziś ci niestety kwiatów nie przyniosłem. 
  Odstawiłam wazon na stole i podeszłam do siatkarza, uderzając go pięścią w ramię. 
- Oszalałeś, kretynie! Prawie na zawał zeszłam! - Krzyczałam, wciąż poirytowana tym, że wszedł tu niczym włamywacz. 
- Trzeba było zamknąć drzwi. A nie, zostawiłaś otwarte. Pukałem, nie otwierałeś, a że masz szlaban, to byłem pewny, że jesteś. - Wzruszył ramionami. O tak, takie to proste i normalne, panie Włodarczyk. - Spałaś, nie chciałem cię budzić. Aż tak cię znudził nasz mecz? - Zaśmiał się. 
- Żebyś wiedział. - Burknęłam. - CO tu w ogóle robisz?
- Nie możesz przyjsć do baru na kawę, to kawa sama przyszła do ciebie. - Odparł radośnie. Jej, oczy mu błyszczały tak, że rpzez moment nie mogłam oderwać od nich spojrzenia. Cholera, Iza, ogarnij się! 
 Nic nie odpowiedziałam, tylko zmierzyłam wzrokiem dwie kawy stojące na ladzie kuchennej "wysepki". 

- Spróbuj. - Popchnął w moją stronę jeden biały kubek. - Świeżo zmielona. Posłodzona dwie czubate łyżeczki. - Aktorsko uniósł brwi.
Oparł się o ladę i skrzyżował ręce na piersiach, najwyraźniej wyczekując, aż się jej napiję. Miałam wybór? Nie.
Wzięłam kubek do rąk i upiłam łyk.
- O mamuniu. - SPojrzałam na siatkarza. - Niesamowita! 

Jako że jestem nałogowcem, jeśli chodziło o kawę, siatkarz zrobił mi naprawdę niezłą niespodziankę jeśli chodziło o tak pyszną kawę. Czarna, aromatyczna, nie to co u nas w barze, czyli kawa z ekspresu. 
- A widzisz. - Uśmiechnął się. 
  Wzięliśmy swoje kubki i poszliśmy siąść do salonu. Dobrze, że nikogo nei było w domu, bo nie musiałam go przemycać do siebie do pokoju.. nie, zaraz. Ja w ogóle przecież nie bardzo chciałam, żeby był u mnie! 
No... może troszkę. Tyci, tyci.
- To do kiedy jesteś uziemiona? 
  Za to pytanie chciałam go zabić. Dobra, nie śmiał się ze mnie, ale poczułam się troche skompromitowana. Znowu. Wiecie, nie byłam małym dzieckiem, zeby mnie karać.
Wzruszyłam ramionami. - Nie wiem, ale prędzej umrę z nudów w domu niż mnie znowu wyśle do pracy. 

 Cóż za ironia. Inny to by się cieszył z takiej kary. Dla mnie to naprawdę była męczarnia. 
- Hm.. - namyślił się chwilę Wojtek. - NIe znam cię super długo, ale znam cię na tyle, by wiedzieć, że w domu nie wysiedzisz. 
- To znaczy? 
- No bo pomyślałem, że... 
Trzask!
- O cholera! - Aż podskoczyłam na kanapie na dźwięk zamykanych drzwi wejściowych.
  Złapałam siatkarza za rękę i gwałtownie pociągnęłam do góry po schodach.
- Izabela! - Usłyszałam z dołu. 

- Szybko!.. - Ponagliłam Wojtka, wpychając go do mojego pokoju. CO jak co, ale dwumetrowego faceta nie łatwo będzie ukryć. Miałam nadzieję, że nasz gość nie przyjdzie do góry! - Siedź tu. I nie wychodź, rozumiesz?
- Ale... ale kto to? 
- Kochaś wiedźmy. - Burknęłam. Stałam już w progu, gdy jeszcze dodałam - co by się nie działo, ni wychodź, bo pogorszysz sprawę. Okej? 
  Zmarszczył brwi. Był niepewny tego wszystkiego, lecz się zgodził skinieniem głowy. 
  Zbiegłam na dół co dwa schodki. Wpadłam na mężczyznę w kuchni. Dominik, czyli młodszy od mojej macochy mężczyzna, z którym ostatnio się widuje. Fotograf w studiu. Nie znałam go, więc nie oceniałam no ale... ktoś , kto się spotyka ze żmiją, nie mógł być normalny. 
  Trzymał w rękach krwiście czerwone jabłko i mierzył mnie lodowatym spojrzeniem. Wzdrygnęłam się. 
- Mam cię podwieźć do studia Elżbiety. - Zapowiedział, gryząc owoc. 
- Och. - Tylko na tyle się zdobyłam. Byłam jej tam potrzebna? Ciekawe po co. - W takim razie pojadę na motorze. 
- Nie, nie, moja droga, mam cię dostarczyć osobiście! - Zareagował dosyć gwałtownie. 
- No.. no dobra, wezmę tylko z pokoju... telefon. - Wymyśliłam na poczekaniu, choć miałąm go przecież w kieszeni w spodniach. 
  Szybko podreptałam do góry. Wojtek siedział na łóżku i najwyraźniej wyczekiwał na mnie. 
- Sorry, będziesz musiał się zmywać. - Westchnęłam. - I albo ci dam zapasowy klucz, albo....
No wiecie, nie chciałam go wypraszać przez okno. 
- Lubię drzewa. - Przyznał. - Ale gdzie ty jedziesz? Z tym... tym facetem? 
- Zawozi mnie do macochy. Pewnie będę musiała sprzątać studio, dom przecież jest za mały. - Pokazałam mu okejkę.
- Nie jedź z nim. - Poprosił, podchodząc do mnie. - Widziałem go, dziwny typ. 
- Wyluzuj, przecież to kochaś wiedźmy, nie mój. - Zaśmiałam się. Zmartwienie siatkarza mnie rozbawiło. 
- Ale...
- A co ty się tak martwisz, co? 
 Zacisnął usta w wąską linię i trochę myślał, nim odpowiedział. 
- No bo mówię ci, że to dziwny typ. - Wyjaśnił po chwili. - Uważaj, okej? 
- Dobra, dobra. - Machnęłam ręką i wyszłam z pokoju. 
  Dominik - bo tak się nazywał ten fotograf od siedmiu boleści - czekał na mnie już w samochodzie. Choć chciałam zapakować się do tyłu, on otworzył mi od wewnątrz przednie drzwi, bym usiadła obok niego na siedzeniu. Niechętnie, ale zrobiłam to. Wiecie, nie chciałam jakiś spin. Poza tym studio nie było jakoś specjalnie daleko. 
Początkowo się nie odzywał. Ja też. Myślałam jedynie o tym, dlaczego Włodarczyk kazał mi uważać. Martwił się? Dbał o mnie? A może po prostu Dominik serio wydawał mu się podejrzany? No cóż, jakimś wzorem do naśladowania on nie był, ale przecież nic by mi nie zrobił. 
Myślałam tak, dopóki nie zatrzymaliśmy się na jednej z cichszych dróg, biegnącej w otoczeniu lasu.
Stanął na poboczu, odpiął pas i na mnie spojrzał. Moje serce zaczęło mocniej bić. Na wszelki wypadek również odpięłam pas. 

- Czemu nie jedziemy? - Zapytałam, starając się nie okazać zdenerwowania. 
- Jesteś.... - zaczął, wciąż na mnie patrząc - taka ładna. Na zdjęciach na pewno wyglądałabyś niesamowicie. Masz zadatki na dobrą fotomodelkę. 
Serio, o to tylko ci chodziło?
- Nie jestem zainteresowana. A teraz jedźmy. - Ponagliłam go. 
 On jednak nie odpalił. Za to przybliżył się nieco i jego dłoń spoczęła na moim udzie. Cholera! 
- Niech pan mnie nie dotyka. Proszę jechać. - Warknęłam. Wolałam brzmieć groźnie aniżeli sprawiać wrażenie przestraszonej. A byłam, w cholerę. Byłam na puste drodze, otoczona lasem, z jakimś perfidnym zboczeńcem w samochodzie! 
- Cóż ty taka oficjalna Izuś, co? - Zaśmiał się, a jego ręka powędrowała wyżej.
Od razu ją strzepnęłam. 

- Nie bądź taka. - Jego głos stawał się co raz bardziej stanowczy. 
  Roztrzęsiona wypadłam z samochodu na środek drogi. Całe szczęście nic nie jechało. Albo i źle, że nic nie jechało. Nie miał mi kto pomóc, a Dominik wyszedł za mną z auta. Nie zamierzał odpuścić. 
- Zostaw mnie! - Krzyknęłam. Strach brał nade mną górę, przestawałam rozsądnie myśleć. Bałam się. 
Chciałam uciec, ale mnie złapał za ręce. Ciągnął znowu w stronę samochodu, a ja starałam się mu wyszarpać. Na nic się jednak zdawały moje próby. Był zbyt silny, albo... ja za słaba. 
Wojtek miał rację - uderzyło mi do głowy, ale było przecież za późno. 
 Zaczęłam krzyczeć i szarpać się jeszcze bardziej. I wtedy stał się cud. 
 Zaczęłam kontaktować, gdy jakiś samochód zaczął trąbić. Wtedy Dominik mnie puścił, a srebrne audi zatrzymało się przy nas z piskiem opon. 
- Wsiadaj do auta! - Rozkazał mój wybawiciel, a sam podwijając rękawy i szykując pięści, poszedł w stronę mojego napastnika. - Jazda! - Krzyknął jeszcze i w końcu się ruszyłam. 
  Byłam niesamowicie zszokowana. SKąd on u licha się tu wziął? Jak to możliwe? I dlaczego?!....
  Nie pytałam jednak o nic. Wsiadłam do samochodu i zapięłam pas, wciąż się trzęsąc. I patrzyłam, jak Andrzej Wrona okłada pięściami Dominika. 



~*  *  *~


A tu ci niespodzianka, c` nie?
Andrzej Wrona - wybawiciel Izabeli.
Jak to możliwe?!?!?!? :D Tak, też jestem w szoku. ;D 

Ps #1 sorka za błędy, nie sprawdzałam.
ps #2 wiem, krótki, ale musiałam urwać w tym momencie. ;x




poniedziałek, 27 lipca 2015

9. Pamiętaj, zawsze może być gorzej.

`Pobudka Kopciuszku. Bal się skończył, znów jesteś nikim. 


  Gdy wróciłam do domu o szóstej nad ranem, od razu położyłam się spać. Na całe szczęście macocha nie wyskoczyła z sypialni, więc jeszcze mi sie nie oberwało. Niestety, od dwudziestej drugiej trzydzieści zeszłego wieczoru miałam kilkanaście nieodebranych połączeń, głównie od jednej z kelnerek, Agaty. Obiecała, że będzie dzwonić, jak tylko macocha przyjdzie. Czyli przyszła, a mnie się jeszcze oberwie.
  Próbowałam zasnąć, ale to wszystko zdawało się na nic. Na ciele wciąż miałam Jego dotyk. Wciąż czułam jego zapach. Moje usta mnie mrowiły od tych namiętnych pocałunków. A gdy tylko sobie wszystko przypomniałam, ciepło rozlewało się w okolicach podbrzusza. 

Zastanawiałam się, jak ja mu spojrzę w oczy? Jak? On nie wiedział, kim jestem, ale ja wiem. Wszystko wiem i nie mam zielonego pojęcia, jak ja teraz z tym będę żyła. Ale czy żałowałam?....
Nie wiem. Po prostu nie wiem, ponieważ miotają mną wszystkie sprzeczne emocje. Jedno było pewne: zakochałam się we Włodarczyku, a seks tylko to przypieczętował. 
 Zacisnełam pięści na kołdrze i naciągnęłam ją na głowę. Rzewne łzy wylały się z moich oczu i nie mogłam ich zatamować. Wszystko było tak bardzo pogmatwane! Gdyby tylko ojciec żył, nie musiałabym się ukrywać. Ale... gdyby żył, może w ogóle nie musiałabym zawierać umowy z prezesem Skry, a wtedy w ogóle nie poznałabym WOjtka? 
To tak samo, jakby Kopciuszek nie zgubił buta. Jeden mały szczegół, a tak wiele by zmieniał. Książę na pewno nie odszukałby swojej zguby i nei byłoby "i żyli długo i szczęśliwie", tylko: kopciuszek zapracowała się na śmierć, natomiast książę poślubił inną, piękną księżniczkę. I dobra, może też by żyli długo i szczęśliwie. Wiecie, mógł pomyśleć: "Kij z Kopciuszkiem, i tak jej nie znajdę, a tego kwiatu jest pół światu!".
Pokręciłam gwałtownie głową. Cholera, o czym ja myślałam?!
Przewróciłam się na bok i zmrużyłam oczy, usilnie próbując zasnąć. I nawet nie spostrzegłam, jak wybiła siódma, a macocha wpadła do mojego pokoju z wielkim impetem. 

- Izabela! - Krzyknęła podenerwowana. Wręcz kipiała złością, naprawdę. Ale ja chyba robiłam się tak samo zła jak ona, bo czułąm, jak krew się we mnie zaczyna gotować. - Gdzieś ty była! Miałaś być w pracy! NIe będę tolerowała twojego zachowania! 
Nakryłam sobie głowę poduszką, by nie słuchać tego jej upierdliwego głosu. 
- Słuchaj mnie! - Rozkazała, wyrywając mi jaśka z rąk. - Dostajesz szlaban! 
- Co, może kolejna zmiana!? Super, już się ubieram i idę do roboty! - Odkrzyknęłam jej, gwałtownie wstając z łóżka. Pierwszy raz od... od zawsze. Pierwszy raz również to ja podniosłam na nią głos. - Najlepiej mnie karać i się na mnie wyżywać! 
  Plask. 
  Złapałam się za piekący już policzek i po prostu... zaniemówiłam. Mina mi zrzedła z momentem, kiedy ona zamachnęła się i po prostu wymierzyła mi w twarz. Najwyraźniej sama była w szoku, bo nic nie powiedziawszy, po prostu wyszła z pokoju mówiąc, że mam za godzinę być w robocie.
Oklapłam na łóżko, nie odrywając dłoni od twarzy. Policzek piekł niemiłosiernie. Z oczy popłynęły mi łzy. Znowu. Dlaczego moje życie musiało tak wyglądasz? Upokorzenia na każdym kroku, a dziś nawet... dziś nawet mnie uderzyła. Nie proszę o matkę, bo jej nigdy w niej nie miałam i mieć nie będę. A tak bardzo mi brakuje kogoś bliskiego. Mogłaby jednak... dać mi chociaż odrobinkę ciepła, odrobinkę rodzicielskiej uwagi... czy prosiłam o zbyt wiele? 

- Jejku, Iza, wszystko w porządku? - przestraszyła się Kaśka, gdy z rąk wypadł mi stos talerzy i szkło rozproszyło się po niemalże całej podłodze. 
- Skaleczyłaś się dziecko? - Z kuchni wybiegł przestraszony pan Stasiu.
Obydwoje musieli przy mnie kucnąć. Zaciskałam powieki, by znowu tego dnia nie zapłakać.
Kurwa, gorzej być chyba nie może!
- Nie. - Burknęłam, ledwo dosłyszalnie. - Idę po miotłę. 

- Zostaw to, posprzątamy. - Dziewczyna mnie złapała i usadziła na jednym z krzeseł barowych. - Ciebie trzeba opatrzyć. 
 Opatrzyć? Mnie? 
- Basiu, Basiu, przynieść no apteczkę! - Krzyknął starszy pan do babci Kasi. 
DOpiero wtedy spojrzałam w dół. Moja ręka była cała we krwi. Nie skończyło się na lekko przeciętym palcu, który opatrzył mi Wojtek. Nie. Ona była naprawdę cała zakrwawiona i pocięta w kilku miejscach. Dopiero wtedy poczułam ból, jak uświadomiłam sobie, co się stało. I co się dzieje. 
Zaczęłam płakać. Jej, czy to się nigdy nie skończy? 
- Bardzo boli? Może pojedziemy do szpitala? - Kaśka zmarszczyła brwi. Barbara przyniosła miskę z wodą. Najpierw spłukała krew, a potem cięcia polała wodą utlenioną. 
- Ale się zaprawiłaś dziewczyno. Powinnaś trochę odpocząć, bo chodzisz taka roztargniona dziś. - Stanisław pogłaskał mnie czule po włosach. 
  Pani Basia zakleiła mi dłoń sporej wielkości plastrem, a to jeszcze obandażowała. Moja ręka wyglądała jak po jakiejś wojnie. 
- Idź do domu, odpocznij. Odwiozę cię. - Zaproponowała Kaśka. 
- Nigdzie nie jadę, mam dziś dwie zmiany. 
- Jakie dwie zmiany? - Kucharz zmarszczył brwi. - Ty przecież niedziele w ogóle masz wolne. Nie powinnaś w ogóle tu przychodzić. 
 Dłonie zacisnęłam na fartuszku i go zgniotłam. Jeśli macocha przyjdzie, oberwie mi się, że nie był wyprasowany. Jeśli zobaczy moją rękę, oberwie mi się, że jestem taka beznadziejna i potłukłam naczynia. Jeśli pojadę do domu... cóż, skończy się tak, jak rano. 
 Zeskoczyłam z krzesła i złapałam za miotłę. 
- Izula, nie podobasz mi się dziś. - Stwierdziła starsza Pani. - Stało się coś w domu? 
- Nie, nic sie nie stało. - Skłamałam, nawet nie podnosząc wzroku. Schyliłam się i na łopatkę zgarnęłam większe odłamki po strzaskanych talerzach. - Po prostu... - podniosłam się, ale głowę wciąż miałam pochyloną - jestem beznadziejna, że to potrzaskałam. Przepraszam za całe zamieszanie. Żyję. 
 Nie wiem, czy mi uwierzyli czy nie, aczkolwiek wszyscy niepewnie powrócili do swojej wcześniejszej pracy. Przez cały czas czułam jednak na sobie wzrok Kaśki. Raz na jakiś czas nawet pani Basia wyglądała z kuchni i mi się przyglądała. 
  Myślałam już, że to koniec zmartwień na dzisiaj, jednak myliłam się. Wybiła piętnasta trzydzieści, kiedy do baru wpadł Wojtek, Andrzej i Karol. Czy mi się tylko wydawało, czy oni upodobali sobie ten bar? No ludzie!
Nie patrzyłam w ich stronę, tylko porządkowałam kufle na barze. Kątem oka jednak widziałam, że zasiadają na swoim miejscu, klasycznie mój stolik. 
- Cześć dziewczyny! - Krzyknął uradowany Karol Kłos. Chyba miał dobry trening, że taki wesoły. Zmarszczyłam nos. 
  Kaśka od razu zarejestrowała, że coś jest nie tak. Wskoczyła na krzesło barowe na przeciwko mnie. 
- Co ty, nie idziesz obsłużyć? - Zdziwiła się moja przyjaciółka.- Ręka cię boli? 
- Nie, nie boli. 
- To co jest? - Dopytywała. - Nie udawaj, że nic, bo widzę. Chodzisz taka... taka nieswoja, od samiutkiego rana. Stało się coś. - Stwierdziła. Aż tak dobrze mnie znała, co? - Gala? 
 Ponuro skinęłam głową. 
- Bawiłaś się z Wojtkiem. - Przypomniała sobie. - Powiedział ci coś? Zrobił?! Ja to mu zaraz...- Już podciągała rękawy bluzki, żeby go pobić, ale jej przerwałam. 
- On nic nie zrobił, tylko ja. Ale... ale to nie jest rozmowa na teraz. Pogadamy o tym po pracy, ok? 
  Zmarszczyła czoło, jednak już nie naciskała. Wiedziałam, że chciała dobrze. Mimo wszystko zawsze potrafiła wysłuchać i jakoś pocieszyć, bo niekoniecznie w każdym problemie da się pomóc. 
 Wzięłam się w garść i wyszłam zza lady, kierując się w stronę zajętego przez siatkarzy stolika. Stanęłam tak, by nie musieć zbytnio patrzeć na Włodarczyka. Z tego, co jednak zarejestrowałam, on również niekoniecznie palił się, by ze mną pogadać. 
- Co podać? - Zapytałam, ze wzrokiem wlepionym w swój notesik. 
- Hm.. - namyślił się Karol. - Ja to bym....
- O rany, patrzcie! - Przerwał mu nagle Wrona, wskazując na tv. - Nasza gala! 
  Wszyscy spojrzeliśmy w tym kierunku. Bełchatowska telewizja pokazała urywek z prezentacji zawodników, a następnie kawałek naszego występu, oczywiście wszystko komentując. Ja natomiast czułam, że oblał mnie zimny pot. A nogi momentalnie odmówiły posłuszeństwa. A chciałam stamtąd zwiać. 
 Kaśka również podeszła i stanęła obok mnie. - Patrzcie, ja też jestem! - Podekscytowała się jak małe dziecko. A ja? Ja po prostu umierałam. Dosłownie.
  Wywiad ze mną również pokazali. SPojrzeniem błądziłam wszędzie, byleby się nie patrzeć na to.
Końcówka reportażu. Ujęta byłam ja i Włodarczyk, jak wychodziliśmy z sali na taras. Trzymaliśmy się za ręce. Wzdrygnęłam się. Serce przyspieszyło. Spojrzałam na Wojtka, jednak on zatopił swoje spojrzenie w jakimś punkcie na ulicy za oknem.
 
- Te, Włodarczyk! - Trzepnął do rozbawiony Andrzej w ramię. Przyjmującemu jednak nie było zbytnio do śmiechu. - Już wiadomo, gdzie tak zniknąłeś! I gdzie ten twój kopciuszek jest, co? - Żartował. 
- Kopciuszek jak to kopciuszek, zniknął. - Burknął w odpowiedzi. 
- Dobra dupa, przynajmniej wiadomo, dlaczego tak szybko się w pokoju znalazłeś. 
- Zamknij się. 
- A tam, się przejmujesz - położył mu rękę na ramieniu Wrona - poruchałeś, wystarczy. 
- Spałeś z nią? - Wtrącił się Kłos, ale raczej to było stwierdzenie aniżeli pytanie. 
  Byłam pewna, że lada moment zwymiotuję. 
-To chyba nie wasz biznes, nie? - Poirytował się Wojtek.
- Czyli tak! - Podekscytował się Kłos. 
- Zaliczona, odhaczona, i tak nie wiesz, kim jest. - Dowalił drugi środkowy.- No chyba, że masz zamiar szukać swojej księżniczki. 
- Ocipiałeś. - Burknął.
Potem nic już nie rejestrowałam. Dotarło do mnie jedynie zdziwione spojrzenie Kaśki. Najwidoczniej wszystko zrozumiała. Wszyściutko. 

- Weź zamówienie. - Wyjęczałam i sama skierowałam się do naszej klitki. 
 Siadłam w kącie i znowu płakałam. Jak małe dziecko. Ja wcale silna nie byłam, jak to zawsze mówił Kuba. Nigdy nie byłam i nie jestem. Tylko udawałam. Byłam tak naprawdę słaba, i teraz to wychodziło na jaw. Nigdy sobie z niczym nie radziłam!
- Izuś, ja... - Do klitki weszła Kaśka, kucając przy mnie. 
- Nic nie mów, błagam. Wiem, że jestem idiotką! 
- Nie jesteś, ale... - mówiła niepewnie - powinnaś mu powiedzieć. Że to ty. 
Ona zgłupiała?
- Oszalałaś? - Starłam z policzków łzy starą szmatką. - Przecież mnie wyśmieje!
- Wiem jedno: nie poszłabyś z nim do łóżka, gdybyś coś do niego nie czuła. 
- Spoko, ale on to traktował jako przygodny seks, nie wiem czy zauważyłaś. 
- No właśnie chyba niekoniecznie, bo mu się nie podobały te żarciki kolegów. - Nie dawała za wygraną. A ja już miałam dosyć. 
- Nie, Kaśka. To nie ma sensu. I nigdy nie miało. Nic nie ma sensu. - Mówiłam przez łzy. - I to co było, jest bez znaczenia. Mam chyba dożywotni szlaban. A za tą noc jesszcze mi się oberwało! Ja... 
- Oberwało ci się?! - Podłapała dziewczyna. - Ale że... zaraz, uderzyła cię?! 
  Nie potrafiłam skłamać, kiedy tak na mnie patrzyła. Ale też nie potrafiła mi prawda przejść przez gardło. moje milczenie było odpowiedzią. 
- Jezu, Iza! Wiesz, że to traktowanie nie może pójść jej na sucho! Jak się raz do tego posunęła, to i kolejny raz też cię uderzy! - Złapała mnie za ramiona i mocno potrząsnęła. - Musisz o tym komuś powiedzieć, coś z tym zrobić! Przecież to jakiś terror jest!
- Nikomu nie powiem. Ty też masz milczeć, jasne? Już niedługo mam urodziny. Wezmę hajs i spadam. 
  Wstałam i otrzepałam swoje cztery litery. Czas i pora zacisnąć pięści i wziąć się w garść. Przynajmniej spróbować. 
- Pamiętaj - nagle mnie Kaśka przytuliła - co by się nie działo, możesz mi powiedzieć. Zawsze ci pomogę. 
 Trochę zatkało mnie jej wyznanie. Fakt, przyjaźniłyśmy się od zawsze. Ale jej słowa tylko potwierdzały, jak cholernie się o mnie teraz martwiła. 
- Dziękuję.




Trzymałam się z dala od siatkarzy. Ba, nawet na nich nie spojrzałam, dopóki siedzieli w barze. Całe szczęście wypili po piwie i sobie poszli. Co najciekawsze (nie żebym tego chciała), Wojtek nawet nie postarał się ze mną pogadać. Nawet nie powiedział potem głupiego cześć i zastanawiałam się, dlaczego? Najrozsądniejszym wytłumaczeniem było, ze serio jest wkurzony, że "Kopciuszek" go wystawił. Albo.. ja wiem, może nie chciał pokazywać Wronie, że brata się z wrogiem Oliwii?
Kto go tam wiedział.
Przestałam się tym przejmować, jak wieczorem do baru wpadli moi przyjaciele. Od razu zrozumiałam, że to Kaśka interweniowała. Gdy zmierzyłam ją wrogo spojrzeniem, powiedziała: "Potem mi podziękujesz". 

- Hej, Izuś - Majka ociągnęła mnie na bok. Poszła z nami również Kaśka. - Wiem, co się stało. Dlaczego nam od razu nie powiedziałaś? Jesteśmy twoimi przyjaciółkami. 
- Od zasranych pampersów. - Zaśmiałam się przez łzy. - Nie no, po prostu to taka głupota, to wszystko, że aż żal zawracać tym głowę komukolwiek. 
- Oszalałaś. Twoje problemy,jakie by nie były, cą naszymi problemami, pamiętaj! 
  I wtedy we trzy wylądowałyśmy sobie w ramionach. Tak, śmiało mogłam powiedzieć, że był naprawdę moimi przyjaciółkami. 

- Ej, a co tu za schadzki, co? - Zapytał Kuba, stając obok nas. Skrzyżował ręce na piersiach i zrobił nadąsaną minę. - Beze mnie? 
- Są takie sprawy, o których tylko baby mogą wiedzieć, wiesz? - Dała mu pstryczka  w nos Majka. 
- I są takie rzeczy, które ino baba może zrobić. Wszyscy czekają na piwo! - Zaczął się śmiać dredziarz. Majka go trzepnęła w ramię. 
- A co, rączek bozia nie dała? Wiesz gdzie są kufle. - Pokazałam mu język. 
- Tak, a potem byście się rzucały, bo to wasza robota. Ech, baby. - Burknął. 
Minęłam go razem z Kaśką, już w totalnie lepszym humorze, i zajęłyśmy się wszystkimi klientami. Niestety ten dobry humor nie trwał wiecznie. Tego dnia chyba musiały spaść na mnie wszystkie plagi egipskie. 
- Źle się dzieje. - Skwitowała Kora, gdy wieczorem na chwile z nimi przysiadłam przy stoliku. 
Mówiła oczywiście o mojej macosze, która wpadła do baru z jakimś swoim kochasiem. Na nieszczęście zobaczyła a) mnie obijającą się b) mnie ze znajomymi. I to już podniosło jej ciśnienie. 
- Izabela! - Krzyknęła.
Przyzwyczaiłam się do tego. Naprawdę. Podeszłam do niej i skrzyżowałam ręce na piersiach. Musiałam jednak przyznać, że bałam się... kolejnego uderzenia. Może nawet nie tyle co tego, że mnie uderzy, że zaboli. Ale tego upokorzenia. Przy klientach, przy przyjaciołach. 

- Jestem w pracy, tak jak chciałaś. - Burknęłam. 
Ale myślicie, że ona odpuściła? Guzik. 
- To nie jest dla ciebie kara. Za karę to ty od jutra nie wychodzisz z domu, nawet do pracy! - Zarządziła. To był dla mnie niemały szok. Bo wiecie, z reguły kazała mi pracować. Teraz jednak zrozumiała najwyraźniej, że robota w barze wcale dla mnie kara nie była. 
- Co? - Wykrztusiłam. - Nie możesz!....
- A i mogę! - Uśmiechnęła się w wyraźną satysfakcją. Była najwyraźniej z siebie w cholerę dumna! - Zbierasz manatki i zabieramy cię. Raz, raz! Od razu kolację w domu zrobisz!
  Zacisnęłam pięści. Aż zabolała mnie zraniona ręka. Bandaż momentalnie zrobił się czerwony w niektórych miejscach - przez siłę, jaką użyłam, rany musiały się znowu otworzyć. Przeklęłam w myślach, sama na siebie. Ale zrobiłam to, co rozkazała. 
  Spojrzałam tylko niechętnie w stronę zdziwionych przyjaciół. Wyglądali na zmartwionych.
  Wdech wydech, Iza. Już niedługo ten koszmar się skończy. 


  Kolejny dzień był od samego początku taki... odrealniony. Normalnie to wszystko robiłabym szybko; najpierw wyprawić rude żmije do roboty, potem sama siebie wyszykować i pędzikiem zdążyć na otwarcie. A tego dnia zrobiłam tylko to pierwszą część. A potem... cóż, po prostu się obijałam. 
Jej, ludzie. Ja się OBIJAŁAM. 
  Nie powiem, że to było dla mnie złe. Miałam odpoczynek, na który wszyscy mnie namawiali. Posprzątałam tylko dom, choć wcale nie był w tragicznym stanie i zajęło mi to zaledwie godzinę. Potem zrobiłam sobie kawę i odpaliłam laptopa. Kiedy ja ostatnio miałam chwilę na przeglądanie różnych stronek internetowych, facebooka, instagrama? Powinnam to częściej robić, bo wszędzie nas było pełno. Nas, znaczy się M.A.D. Niesamowite, jak abrdzo sie wybiliśmy, a ja o tym nie wiedziałam. Gadali o nas na różnych portalach społecznościowych, na stronkach plotkarskich, na stronkach informacyjnych. Naprawdę, wyszliśmy na pewno poza Bełchatów. 
Potwierdzeniem tego był telefon, który otrzymałam od Kuby po dziesiątej.
- Robimy nowe show! - krzyknął do telefonu. - Czwartek, klub w Piotrkowie. 

- Że kurwa co? - Tylko tyle z siebie wykrztusiłam.- Ale jak to? 
- Kontaktowali się ze mną wczoraj. - Wyjaśnił, wciąż niezwykle podjarany. - WIesz, przyjemne z pożytecznym, trochę grosza nam wpadnie. 
 - Ale... Piotrków? Serio? - Nie chodziło mi o samo miasto, ale no, kawałek trzeba było dojechać.... No i ludzie, miałam szlaban. 
- No... patrz, dziś Bełchatów, jutro Piotrków, a pojutrze... cały świaaaat! - Krzyknął radośnie. Jezu, cóż za optymizm!
- Dobra, to jedźcie. Na pewno wykombinujecie coś super. 
- Zaraz, a ty?
- No ja mam aktualnie szlaban. Ruda żmija mnie z domu wywali jak znowu nie będę posłuszna. - Burknęłam, nieco rozzłoszczona. 
- Ech... - westchnął przeciągle Siwy. - Wiesz, powiedziałbym, że szkoda, ale doskonale cię znam Mała. Wiem, że coś wymyślisz. Nie przegapisz tego. 
  I po tym telefonie siedziałam wpatrując się ślepo w ekran starego laptopa, a w głowie próbowałam wymyślić jakiś niecny plan, który sprawi, że jednak się wyrwę do Piotrkowa. Moze dałabym jej jakieś tabletki nasenne? Może manekin w łóżku? Fakt, nie raz wychodziłam w nocy przez okno, ale nigdy nie jechałam tak daleko. I nigdy jeszcze nie byłam w takiej sytuacji, jak teraz. 
Nieważne. To było naprawdę nieważne. Po prostu... najwyżej mnie tam nie będzie - pomyślałam. 
Wieczorem moja kochana przyrodnia siostra Oliwka zaprosiła swoich znajomych. Znowu. Jej, a naprawdę liczyłam na chwilę spokoju. Byłam pewna, że wróci razem z matką późnym wieczorem. A tu psikus. Na całe szczęście nie wołała mnie, bym jej w czymś pomogła. 
Założyłam słuchawki na uszy i włączyłam starą MP4. Jej, miałam na niej takie stare hity, że aż miło było powspominać. Ukoiły mi trochę zszargane nerwy. Na środku pokoju, ze słuchawkami na uszach, najzwyczajniej w świecie zaczęłam tańczyć.
Nie trwało to długo. Na całe szczęście. Przerwałam gdy dotarło do mnie, że ktoś mnie obserwował. 

Spojrzałam w stronę drzwi. Stał, oparty o framugę, lekko przygarbiony. I przyglądał mi się z uśmieszkiem przyklejonym do gęby.
Bufon. 



~*  *  *~Hej. :) Sorka , że taki krótki. I sorka za błędy. I że taki dołujący. Hmmm, tak wyszło bo sama nie bardzo mam spoko humor (y)
Następny za to pojawi się szybciej :)
Pozdrawiam! :*


CZYTASZ+KOMENTUJESZ=MOTYWUJESZ :)


niedziela, 26 lipca 2015

8. Psst, Kopciuszku, to nie Twoja bajka.

Włodarczyk przychodził codziennie rano o dziesiątej na śniadanie i kawę, po czym jechał na trening. Dzień w dzień tak robił. Dlatego gdy piątkowego ranka nie przyszedł, zaczęłam się zastanawiać, co się stało. 
- Pewnie ma trening przesunięty. - Pocieszyła mnie Kaśka. 
- Ale o czym ty mówisz? - Udawałam, że wcale na niego nie czekałam, krążąc jak obłąkana między stolikami.
Minuty jednak mijały, on nie przychodził. Obiecałam sobie, że wszystko wróci do normalnego porządku. Wiecie, sam fakt, że o nim myślałam podczas pracy - był zły. Nie powinnam była aż tak się do niego zbliżyć, choć dla niego zapewne to nic nie znaczyło.
Jakie zatem było moje zdziwienie, gdy wpadł tam nieźle spocony, chyba zaraz po treningu, i rozglądał się w koło, najwyraźniej szukając właśnie mnie.
Udawałam, że go nie widzę, wycierając szmatką jeden ze stolików. 

- Hej Kasia. - Odezwał się do mojej przyjaciółki. - Jest Iza? - Zapytał jej.
Musiała mu pokazać palcem, bo znalazł się po chwili tuż przy mnie. 
- Cześć. - Uśmiechnął się szeroko. 
- No cześć. - Udawałam, że wszystko jest ok. No bo było, przecież ja niczego od niego nie chciałam. 
- Słuchaj, bo mam sprawę. 
- Domyślam się, - powiedziałam, nie przerywając sprzątania - skoro pojawiłeś się tu od razu po treningu.
 Wyrwał mi szmatkę z rąk i odwrócił mnie, bym na niego spojrzała. 
- No właśnie, nie chcę wam zaśmierdzieć baru, więc mnie wysłuchaj . - Zaśmiał się, aczkolwiek mogłam się doszukać gdzieś tam lekkiego zdenerwowania. - Potrzebuję partnerki na galę. - Wyciągnął z torby dwa zaproszenia.
 Nie uwierzycie w jakim byłam szoku. Chociaż po chwili do mnie dotarło, że przecież to nie było zaproszenie mnie… czy było? No bo czy Wojtek Włodarczyk naprawdę nie miał kogo zabrać na taką galę?
- Koleżanka Oliwii nie może? - Zdziwiłam się. Choć tu przychodził co rano, przecież mógł się z nią dalej spotykać. 
- No własnie niekoniecznie chcę z nią iść, już mnie nawet Wrona przez to zjadł, bo Oliwia zaczęła na niego wrzeszczeć , że jego przyjaciel zranił serce jej przyjaciółki….
Nic a nic z tego nie rozumiałam, więc mu przerwałam. 
- Dobra, Wojtek. Po prostu powiedz, że nie masz z kim iść.- Westchnęłam.
 Spojrzał na mnie unosząc wysoko brwi. - NO w sumie, tak, nie mam z kim pójść. - przyznał.- Ale cię lubię, więc w sumie byłoby perfekcyjnie, gdybyś ze mną poszła, bo…
Aż mi serce do gardła podeszło. Wdech wydech, mała. Nie mogłaś do tego dopuścić, nie mogłaś się z nim bratać. Nie mogłaś, bo w przeciwnym razie, twój sekret mógłby wyjść na jaw. 
- Chętnie bym poszła z tobą jako koleżanka, - powiedziałam twardo - ale niestety całą sobotę pracuję.
 Przez dłuższą chwile nic nie mówił, tylko wpatrywał się we mnie z szeroko otwartymi oczami. 
- Co?... - Wykrztusił z siebie. Czyżby myślał, że z nim pójdę? Tak na sto procent? 
- Przykro mi, Wojtek. Ale jak chcesz, to Kasia mogłaby pójść, ma poranną zmianę. . 
- Skoro… skoro nie możesz...
Niepewnie spojrzał na moją koleżankę, którą przywołałam gestem. - Sprawa jest, Wojtek szuka partnerki na galę. 
- Ale wtedy ty…- Zaczęła niepewnie, ale ją zgromiłam spojrzeniem. - NO w sumie, w sobotę nic nie robię… - Rzuciła.
Choć siatkarz się uśmiechnął i jej podziękował, nie wyglądał na super-hiper-mega zadowolonego z takiego obrotu sprawy. Ale nie mogłam się inaczej zachować. Nie mogłam podjąć innej decyzji. Nie mogłam odpuścić pokazu, zostawić zespołu. Nie teraz, nie... nigdy.
 Nie mogłam być przy tym obecna, więc poszłam sprzątać kolejny stolik. Gdy umawiali się na godzinę, o której po nią przyjedzie Wojtek, ściskało mnie serce. Dlaczego? Kurde, dobra, chciałam z nim iść! Pasuje? A jedyne, co mi pozostanie, to wymienić z nim spojrzenia. Bo przeciez nie ma zielonego pojęcia, że zamaskowana dziewczyna, którą tam spotka, to jestem ja. Plusem (albo i minusem - zależy jak kto na to patrzył) jest fakt, że najwyraźniej Mała mu się spodobała. Ale cóż z tego, skoro to nie ja, blondynka? I cóż z tego, skoro te spotkania kończą się po kilkunastu minutach, tuż po naszym występie...
- Iza, ja już lecę. - Wyrwał mnie z przemyśleń siatkarz. - Raczej przed galą się już nie spotkamy, ale chociaż oglądaj w telewizji. Puszczę ci oczko! - Obiecywał, niczym małe dziecko.
- Na pewno obejrzę. - Uśmiechnęłam się słabo. A gdy wyszedł, ja powróciłam do swoich wcześniejszych czynności.

Po mojej zmianie nie wróciłam od razu do domu. Skręciłam pod niewielki dom dwa podjazdy wcześniej. Klasyczny, piętrowy, ze starą be-em-ką zaparkowaną tuż przed wjazdem do garażu. Obok niego odstawiłam swój motocykl. Ściągnęłam kask i rozejrzałam się po ogródku.

- Dzień dobry, Izuniu! - Przywitała się ze mną mama Kuby. Kucała w swoim niewielkim ogródku i wyrywała chwasty.
- Dzień dobry, pani Michalska. - Podeszłam w jej stronę. Ścierała właśnie pot z czoła. - Och, mówiłam, że pani pomogę w ogródku.
  Pomagałam jej, gdy tylko miałam chwilę. Wiadomo, choć Siwy dbał o swoją matkę i jej zawsze pomagał, do ogródka go nie wpuszczała. Tam potrzebna była kobieca ręka. Poza tym... miałam sentyment to takich rzeczy, i kobieta doskonale o tym wiedziała. Zawsze to robiłam z własną mamą. Przed domem. Wtedy jeszcze zamiast ogromnego basenu mieliśmy dosyć sporej wielkości klombik, z kwiatami we wszystkich kolorach tęczy. Zdjęcie z naszego ostatniego razu w ogródku widniało na mojej szafce nocnej. Miałam wtedy z sześć lat. Zrobił nam je tata, zupełnie z zaskoczenia. I może dlatego widać było szczere szczęście? 
Tydzień później mama umarła. Teraz już wiedziałam, że miała groźnego, nieoperacyjnego guza mózgu. I rozumiałam, dlaczego zrezygnowała z pracy, a każdą wolną chwilę poświęcała właśnie mnie. Nie wiem, czy potrafiłabym być taka, jak ona. Uśmiechnięta. Zadowolona z życia, aż do końca. Czy potrafiłabym patrzeć na dziecko, mając bombę zegarową w głowie? Wiedząc, że lada dzień mogę je zostawić?
Ona była silna. Ja nie byłam. Ale w pewnym sensie musiałam chociaż udawać, gdy w wieku czternastu lat straciłam również tatę.
Potrząsnęłam głową i wyrwałam się ze wspomnień.
- Tak, Kuba mi mówi, jaka jesteś zapracowana. Jeszcze ja mam cię wykorzystywać? - Wstała i mlasnęła zniesmaczona. Wytarła ręce w jeansowe, brudne ogrodniczki. - Idealnie trafiłaś, bo upiekłam szarlotkę.
I tu mnie miała! Szarlotka pani Michalskiej była naprawdę WYJĄTKOWA. Przełamałaby nawet osobę, która stroni od słodkiego!
Weszłyśmy do kuchni, gdzie zastałyśmy siedzącego przy stole Jakuba, z ogromnymi słuchawkami na uszach. Klepał coś bezustannie na laptopie i kompletnie nie zdawał sobie sprawy z naszego przyjścia. Jego mama spojrzała na mnie wyraźnie rozbawiona.
- Kubuś. - Powiedziałam, jednak bez żadnej reakcji. - Izabela do Jakuba! - Podniosłam nieco głos, śmiejąc się. I wtedy nas zauważył.
- No nie, długo tu jesteście?
- Wystarczająco długo - odpowiedziała jego mama - żeby zobaczyć twoje grymasy na twarzy, jak składasz piosenkę.
- Ha, ha, ha. - Skwitował, a my zaczęłyśmy się śmiać.
Usiadłam przy stole, a dredziarz zamknął lapka i odłożył go razem ze słuchawkami na ladę. W tym czasie pani Karolina postawiła przed nami talerz z tym przepysznym ciastem.
- Napijesz się kawki? - Zapytała.
Skinęłam głową. - Bardzo chętnie.
- To co - zwrócił się do mnie Siwy - jak tam humorek przed jutrem?
- A no, jest jak jest. Standardowo, trochę stresu. - Niby obojętnie wzruszyłam ramionami. Tak naprawdę bardzo sie martwiłam. I trochę smuciłam.
- A twoja przyrodnia siostra też będzie, słyszałam? - Wtrąciła pani domu.
Gwoli wyjaśnienia, ona o wszystkim wiedziała. O całym M.A.D. Komu jak komu, ale była chyba jedynym dorosłym, któemu ufałam. No, nie licząc pana Stanisława i pani Basi, wiadomo, ale ich nie chciałam mieszać w taneczne sprawy.
- No, niestety chodzi z jednym z tych siatkarzyków. - Burknęłam. 
Złapałam kawałek ciasta i ugryzłam potężny kęs. Pyszota.
- Ona jest głupia i ślepa, nie pozna cię. - Skwitował ją Siwy. Cała prawda i tylko prawda, nawet jego mama nie zaprzeczyła. Wszyscy wiedzieliśmy, jaka ona... nie, jakie one obydwie były. Tylko niestety to ja musiałam się z nimi użerać.

W końcu nadeszła długo wyczekiwana sobota. Czułam się niczym Kopciuszek szykujący się na bal, z Majką jako dobrą wróżką; przyszła i używając najprawdopodobniej magii, zamieniła mnie naprawdę w księżniczkę. Potem odwiozła mnie na miejsce.
- Wiesz, nie stresuj się.
Głośno przełknęłam ślinę. Tak bardzo bałam się kompromitacji. No bo wiadomo, mogę się poślizgnąć, cokolwiek. A gdy strach przed tym przeszedł, pojawił się nowy - że Ruda mnie rozpozna, albo Włodarczyk... Jej, jego oczy znowu zawirowały mi w głowie. - Nie stresuję się. - Skłamałam, wysilając się na lekki uśmiech.
Długo siedziałyśmy w samochodzie. Majka chciała mi poprawić humor i trochę odstresować, więc na tę okazję wzięła setkę. Wódka szybko się skończyła, tak samo jak i szybko przeszły wszystkie negatywne emocje, które się wewnątrz mnie skumulowały.
- Puk puk. - W szybę zapukała Kora. - Zbieram cię już, piękna. - Wyciągnęła mnie z samochodu i skierowałyśmy się do budynku.
Najpierw odbyła się prezentacja zawodników. Trzeba było przyznać, że zrobili to z dużą pompą, bo organizatorzy zadbali nawet o najmniejszy szczegół. Razem z Korą i Bartkiem, którzy zechcieli też być od samego początku tego widowiska, staliśmy z tyłu ciemnej sali. Nie było szans, by ktokolwiek nas zobaczył. A choć byłam już w peruce, musiałam uważać, bo Oliwia już się tu błąkała.
 Po licznych przemowach m.in. prezesa i trenera , wszyscy zaproszeni również na poczęstunek skierowali się do ogromnej sali zapełnionej stołami. Wtedy już cała moja ekipa była obecna, jednak wszyscy byli rozproszeni po sali. Siatkarze z partnerkami weszli jako pierwsi, także nie musiałam się zbytnio obawiać, że Włodarczyk czy Oliwia mnie zobaczą. Członkowie M.A.D wchodzili sparowani, ale partiami. Nikt zbytnio nie zwrócił uwagi na sześć niezidentyfikowanych par. Czasem jak patrzyłam na prezesa, to wyglądał również jakoś tak… na zaniepokojonego. Obstawiał, że pojawimy się chyba podczas prezentacji, a nie podczas posiłku. Cóż, panie prezesie. Surprise!
Wzięłam Bartka pod ramię i usiedliśmy przy jednym ze stolików. Poczekaliśmy, aż wszyscy zajmą swoje miejsca. Spojrzałam najpierw niepewnie na Siwego, który - przebrany za kelnera - już miał kamerę na tacy, obok jakiś rogalików. Potem moje spojrzenie zawędrowało na Bartka, mojego tanecznego partnera w tym układzie. Uniósł lekko kącik ust do góry. Doskonale wiedziałam, co pomyślał: To będzie show, Mała, jak zwykle! Westchnęłam cicho i nałożyłam maskę zakrywającą całą twarz, pozostali uczynili to samo. I nim kelnerzy weszli z daniami, rozległa się muzyka.
Bicie serca pokrywało się z stukotem moich obcasów na szklanym stole. Potem jednak... wszystko się przestało liczyć. Oddałam się tylko i wyłącznie muzyce. (taki układ, *obejrz*)


Wszyscy nas nagrywali, wszystkim się podobało. Większość z osób tam zgromadzonych, reporterów czy samych siatkarzy, kojarzyli nas z pierwszego występu. Niektórzy, jak reporterzy z jakiś sportowych i niesportowych kanałów telewizyjnych, od razu kamery skierowali na nas.
Siwy oczywiście i tak to nagrywał. Nie byłby sobą, gdyby nie wrzucił tego na youtubea.
Widzialam, jak niektórzy siatkarze podeszli bliżej. Między innymi Włodarczyk z świadomą wszystkiego Kasią, jak i Ola z Karolem Kłosem i kilku siatkarzy, których znałam z potańcówki w barze. No i prezesa, który widziałam, że uśmiechnął się, również zaskoczony naszym wejsciem. Ale im bliżej było końca występu, tym bardziej - tańcząc - zatopiona byłam w Jego spojrzeniu.
Po skończonym występie, wszyscy nam bili gromkie brawa. Prezes od razu do mnie podszedł 
- To było niesamowite! - Klaskał jeszcze w dłonie.- Myślałem, że w ogóle nie przyjdziecie… - Zaśmiał się. - Proszę, zostańcie. Zjecie, a potem rozruszacie trochę towarzystwo.
 Spojrzałam po przyjaciołach. Decyzja nie należała tylko do mnie, choć ja osobiście musiałam jak najszybciej wrócić do pracy. Koło dziesiątej musiałam się tam zjawić, bo wiedźma przychodziła zazwyczaj koło tej godziny.
Inni jednak pokiwali głowami. - Dobrze - zwróciłam się do prezesa - zostaniemy.
 Wszyscy powrócili na swoje miejsca, my również. Porozkładaliśmy z powrotem talerze i zjedliśmy gorące dania zaserwowane przez kelnerów.
Nie mogłam jednak nic przełknąć. Ciągle spoglądał na mnie Włodarczyk, a niestety  miałam miejsce po skosie od niego. Jego spojrzenie było... cóż. Takie, przez które miałam dreszcze na całym ciele. Stawałam się co raz bardziej rozpalona i docierało do mnie, że to nie tylko za sprawą wymagającego tańca. 
- W sumie to nie sądziłam, że tego wieczora się jeszcze dobrze najemy. - Powiedział Brodaty, praktycznie już kończąc swoje danie. 
- Ty, bo zaraz na parkiecie nie będziesz mógł się ruszyc! - Zaśmiała sie Lola. - Nie zapominaj, że to nasza robota. 
- Jedzenie? - Zaśmiał się Misiek. 
- Nie! Tańczenie. Ale jeśli o to chodzi, to praca w takich warunkach mi w pełni odpowiada. 
- NO, pełna kulturka, szacun, yoł. - Skwitował po rapersku Brodaty. 
- Dobra, - zerknęłam na swoje ledwo zaczęte danie - zaraz wracam, idę do toalety. A potem bierzemy ich w tango, bo się zaczynają nudzić co poniektórzy.
 Zapytałam jednego z kelnerów, gdzie jest toaleta, a potem - nim wyszłam z sali - ostatni raz rzuciłam spojrzenie w kierunku Wojtka.
Nie dotarłam nawet do łazienki, jak ktoś złapał mnie za nadgarstek. Nie musiałam się odwracać, by wiedzieć, że to on. Tylko jego dotyk sprawiał, że przechodziły mnie dreszcze. Tylko jego zapach - gdy jego twarz znalazła się na wysokości mojej szyi - przyjemnie drażnił  mi nozdrza. Tylko on sprawiał, że cała drżałam, gdy tylko był nieopodal. 
- Bądź moja. - Szepnął mi do ucha. 
- Ja nie istnieję, Wojtku. - Lekko odwróciłam głowę w jego stronę. 
- Istniejesz, w mojej głowie. Non stop, bez przerwy… I jeśli na tym polega twoje istnienie, to ja z tego snu mogę się nigdy nie budzić…
 Lekko odwróciłam się w jego stronę. Już czułam jego oddech na swoich ustach, był tak blisko…
- Przepraszam, pani z M.A.D.?
Odskoczyłam jak oparzona od siatkarza. Zobaczyłam nad jego ramieniem, że zbliża się do nas jedna z dziennikarek.
Nie mogłam z jego miny nic wywnioskować. Puścił mnie i wsadzając ręce do kieszeni, poszedł w drugą stronę.
Może to znak, że źle robiłam?
- Tak? - Zapytałam.
- Można słówko do telewizji?
 I w ten sposób udzieliłam pierwszego w swoim życiu wywiadu. Nie trwał zbyt długo, jakieś dziesięć minut. Potem szybko skorzystałam z łazienki, a gdy wróciłam, zabawa trwała w najlepsze. Członkowie MAD ściągnęli do tańca tyle osób, ile się dało. Z tego co widziałam, to Kaśkę porwał Kamil. A Wojtek siedział osamotniony przy stoliku.
Cóż ja mogłam. Od tego tu byłam, żeby ich zabawić, prawda?
Wyszłam na środek parkietu i przywołałam go gestem dłoni. 
- Widzę, że moj kolega porwał ci partnerkę.- Zaśmiałam się, gdy do mnie doszedł. Położył mi rękę w pasie, drugą ujął w górze. Klasyczny, wolny taniec, do odpowiednio wolnej muzyki. 
- Jak wróciłem to zastałem taki stan sytuacji.- Westchnął głęboko. - Cóż mogłem. 
- Odbić ją. - Zachichotałam. 
- Lubię ją, to koleżanka. - Wyjaśnił. - Ale może chciałem, by kto inny się nią zajął, mogę dzięki temu z tobą zatańczyć bez przeszkód. 
- M.A.D. zawsze wie, co robi. 
- Może sama mu to zaproponowałaś? 
- Ale co, żeby odbił ci partnerkę?
 Skinął głową, a ja znowu zaczęłam się śmiać. 
- Tak, to był mój niecny plan, żeby cię zdobyć. - Przyznałam. 
- Już mnie zdobyłaś. - Wyznał zupełnie szczerze. - Po pierwszym spotkaniu.
 Westchnęłam przeciągle. Chwilę się nie odzywałam. 
- Och, Włodarczyk. Wierzysz w takie coś, jak “od pierwszego wejrzenia”? 
- Nie wiem. Ale wierzę w to, że siedzisz ciągle w mojej głowie. Chciałbym cię mieć, ale ty mówisz…
- … że nie istnieję.- Dokończyłam za niego. - Tak, to prawda. 
- Ale mogę cię mieć w takie dni jak ten?
 Nic nie odpowiedziałam. Nie mogłam, bo pociągnął mnie za rękę i wyprowadził przez duże balkonowe drzwi na taras. A z tarasu skierowaliśmy się schodami do dużego, pięknego ogrodu. 
- Mogę?.. - Zapytał, znowu sięgając do mojej maski. A ja znowu od niego odskoczyłam. - Dobra, - podrapał się po czuprynie po nieudanej próbie zdemaskowania mnie - w takim razie zacznijmy od czegoś łatwiejszego. - Gestem wskazał w kierunku altany.
  Poszłam tam, a on za mną. Piękna, romantyczna altana. Ale czy to było w moim stylu? Kompletnie nie. Czyżby siatkarz był zakichanym romantykiem?
Gdy jednak docisnął mnie do drewnianej barierki i wpił się zachłannie w moje usta, przestałam się nad tym zastanawiać.
To było coś, co sobie wyobrażałam jako Iza. Coś, co jako blondynka nie potrafiłabym zrobić. I coś, czego pragnęłam już od dłuższego czasu.
Bez wahania odwzajemniłam pocałunek, zarzucając mu ręce na szyję, a palce wplątując w jego włosy. Nie czekał długo; wpakował mi język w usta, sprawiając mi tym dziką przyjemność. Momentalnie nabrałam ochoty na jeszcze więcej.
- Jesteś taka piękna.. - Szepnął między pocałunkami.
Wtedy jego ręce zawędrowały w dół pleców. Przedostał się przez falbany mojej sukienki i dłońmi ścisnął moją pupę. Przygryzłam go w wargę , cicho się zaśmiał.
- A ty Włodarczyk, zachłanny. - Złapałam go za podbródek, przerywając pocałunek.
Zdziwiony był, gdy wsadziłam mu rękę do kieszeni. A jeszcze bardziej, gdy wyciągnęłam z niej telefon.
- Cholera. - Jęknęłam, widząc, która godzina. Dochodziła dziesiąta. Musiałam wracać. - Muszę spadać.
Siatkarz parsknął. Miałam już go mijać, kiedy złapał mnie za nadgarstek.
- Chyba żartujesz. - Powiedział. Chyba do niego nie docierało to, że naprawdę muszę iść.
- Nie, na poważnie.
Wyrwałam się z jego uścisku i szybkim krokiem skierowałam się z powrotem do budynku. Przeciskałam się między bawiącymi się ludźmi. Nie musiałam się odwracać, by wiedzieć, że za mną idzie. Bardziej poirytowany tym, że znikam, niż zły. Trudno. Miałam prawdziwe życie. Bajka się kiedyś musi skończyć , nie?
  Na korytarzu, tuż przed wyjściem, minął mnie i zatarasował mi drogę.
- Przenocuję cię, bo na piętrze są wynajęte dla nas pokoje. Także nie musisz jeszcze wracać. - W jego głosie słychać był nadzieję.
Zacisnęłam szczękę. Chciałam zostać i to bardzo. Chciałam go mieć, choć tę jedną noc...
- Przykro mi. - Rzuciłam i znowu go minęłam.
- Nawet Kopciuszek miał więcej czasu! - Oburzył się siatkarz, już za mną nie podążając.
Parsknęłam w myślach. Co za porównanie!
Zbiegłam po schodach, uważając by butów nie zgubić (lol, no bo Kopciuszkiem to ja nie byłam!). Dobra. Może jednak chciałam go zgubić. Albo inaczej - chciałam, by ze mną pobiegł , porwał mnie i uwięził w tym swoim pokoju.
  Siadłam na swój motor i już miałam odjeżdżać, kiedy do mnie dotarło co robię. To znaczy - powinnam wrócić. Ale ta noc... jedna, jedyna noc... Dostanę szlaban, pomyślałam, trudno. Dostasnę tyle zmian w pracy, że pewnie będę zdychać. Czy ta noc była tego warta? Noc spędzona z Nim?
Zacisnęłam dłonie. Kłóciły się w mojej głowie dwie osoby - rozważna Iza i szalona Mała.
- Jebać to wszystko. - Przeklęłam pod nosem i ruszyłam.
  Gwoli wyjaśnienia - nie, nie ruszyłam motocyklem. Ruszyłam, ale z powrotem do budynku, nieco podenerwowana.
Co ja odwalałam? - pomyślałam. - Przecież Wojtek pewnie się świetnie bawił, już beze mnie!
Zerknęłam na salę, gdzie imprezka trwała w najlepsze. Siatkarza jednak nie było ani na parkiecie, ani przy stoliku. Pobiegłam szybko na piętro, gdzie znajdowały się pokoje. I na całe szczęście, zobaczyłam jego sylwetkę. Właśnie wchodził do jednego z pokoi.
 Nie zauważył mnie. Nim za nim poszłam, musiałam uspokoić oddech, musiałam uspokoić zszargane nerwy i szybko bijące serce. Miotały mną wszystkie możliwe emocje, a zwłaszcza strach i pożądanie. Wszystko było ze sobą sprzeczne, ale podjęłam już decyzję.
Jedna noc. Nawet Kopciuszkowi się należała.
Zapukałam do drzwi, przez które wchodził. A co jeśli nie był sam? CO jeśli się wygłupię? Co jeśli....
Nie miałam czasu się zastanawiać, bo otworzył drzwi. I był mocno zszokowany.
- Co ty tu robisz?
  Wkroczyłam do pokoju, zamknęłam drzwi, i w odpowiedzi na jego pytanie - wpiłam się w jego usta tak, jak on to zrobił wcześniej. Choć z początku odwzajemnił pieszczotę, czułam, że się zaczął wahać. 
- Miałaś....- Oderwał się ode mnie na chwilę. 
- Ciiii. - Uciszyłam go.
Posadziłam go na wielkim, dwuosobowym łóżku. Co jak co, ale ci z klubu się szarpnęli na ten event, bo wyglądało to jak pokój małżeński. Cóż, ale wracając do rzeczy; siedział z lekko otwartą buzią i bacznie mnie obserwował. Ja natomiast rozsunęłam zasuwak z boku sukienku, i ta momentalnie zsunęła się z mojego ciała na podłogę. Pozostałam w samej bieliźnie, peruce i masce. Czarna koronka najwyraźniej zadziałała na siatkarza, ponieważ od razu wstał i wpił się zachłannie w moje usta. Rozwiązałam jego muszkę i odrzuciła m w kąt. Białą koszulę praktycznie z niego zdarłam. A gdy obydwoje zostaliśmy w samej bieliźnie, złapał mnie za uda i podciągnął do góry, więc oplotłam go w pasie nogami. 

Nie minęło dużo czasu, jak wylądowaliśmy w łóżku, wiłam się z rozkoszy. Pieścił każdy centymetr mojego ciała. Jego ręce wędrowały od ud, przez brzuch, aż do piersi. Sprawił, że zapomniałam o całym świecie. Zapomniałam o macosze, która na pewno jest bardzo zła. Zapomniałam o tym, jakie mam popieprzone życie. Liczył się tylko on. I nie ważne, że mogłam go mieć jedynie jako Mała.
- Na pewno? - Wyszeptał mi tuż przy ustach, gdy na chwilę przerwał. 

  Serio, Włodarczyk? Rusza cię sumienie czy coś? 
- Jakbym nie chciała, to bym tu nie przyszła. Może ty nie chcesz? 
  Lekko parsknął pod nosem i uśmiechnął sę zawadiacko. Wszedł we mnie i już po kilku ruchach myślałam, że wewnętrznie eksploduję. 
  Po długim czasie wyczerpani opadliśmy na łóżko, leżąc obok siebie. Również pozwoliłam sobie na chwilę przymknąć oko. Wczepiłam się w nogi tors Włodarczyka i pierwszy raz spałam tak dobrze. Chociaż tą malutką część nocy. 
  Nie wiem, która była godzina, ale chyba jeszcze środek nocy. Wygrzebałam się z jego objęć ostrożnie, by go nie zbudzić. Ubrałam się, pozbierałam wszystkie rzeczy. 
"Może i jestem Kopciuszkiem, ale mimo to nie jesteśmy z tej samej bajki. Żegnaj"- napisałam na chusteczce znalezionej w łazience, i wiadomość pozostawiłam mu na szafce nocnej. 
 Pocałowałam go jeszcze lekko w skroń i w odpowiedzi przewrócił się na drugi bok i coś wyburczał pod nosem. Westchnęłam. Gdy już byłam w drzwiach, ostatni raz na niego spojrzałam. W moich oczach nagromadziły się łzy. Psst, Kopciuszku, to nie Twoja bajka. Czas i pora zniknąć.

~*  *  *~Hmm... jak Wam się podoba rozdział????

Czytasz + komentujesz = motywujesz!