poniedziałek, 13 lipca 2015

4. Dużo roboty, ale i dużo przyjemności.

  Niedziela minęła bardzo beztrosko, w towarzystwie przyjaciół. Niestety, jak co tydzień, musiał nastąpić ten gwałtowny powrót do całkowicie przeciwnej, szarej rzeczywistości, gdzie siostra bez żadnych konsekwencji  wykorzystuje mnie do swoich potrzeb, a macocha rozporządza moim wolnym czasem na prawo i lewo.
Właśnie w ten sposób dostałam podwójną zmianę w poniedziałek. Byłam zła, ponieważ chciałam ogarnąć ludzi na popołudniowy trening - wiecie, gala co raz bliżej, a to miał być show nie z tej ziemi! Potem kazałam im samym ćwiczyć, ale uparli się, że jak idziemy to wszyscy. W ten sposób jeszcze na koniec dniówki idę na halę. Zakładając, że się w ogóle wyrwę z domu. 

- Widziałam wasz show. - Kaśka położyła mi ręce na ramionach i aż mną potrząsnęła. Była to pierwsza rzecz, jaką zrobiła na powitanie. - To było coś niesamowitego! Mam nadzieję, ze ten prezesik was wziął!
- No wziął, wziął. - Burknęłam, wciąż poirytowana poranną kłótnią z macochą. Złapałam brudne talerze ze stolika, a Kaśka dotrzymywała mi kroku. - Nawet na galę idziemy, zrobić kolejny show.
- To coś taka nie w sosie?- Zdziwiła się. 
Szybko wzięła ode mnie naczynia. Widziała, że byłam zła. A jak jestem zła, to zawsze coś rozwalę. Szkoda talerzy!
- Bo muszę dzisiaj robić na dwie zmiany. - Wyjaśniłam, nerwowo gestykulując rękami i przedrzeźniając macochę. - Posiedzisz do wieczora! Przyda ci się! - Zacytowałam ją, krzywiąc się na twarzy. 
- Wiesz, jak chcesz…- zaczęła niepewnie, ale od razu jej przerwałam.
- Nie, nie będziesz mnie non stop zastępować. - Odebrałam od niej talerze i poszłam odnieść na kuchnię. - Poza tym, nie dam jej tej satysfakcji z kolejnego karania mnie, że nie ma mnie na zmianie. Po prostu.. szkoda mi moich ludzi, że o jedenastej w nocy będą się jeszcze męczyć na hali.
- Dziewczyny, na dwójkę! - Krzyknął pan Stasiu, podając nam gotową jajecznicę dla jedynego gościa o tej porze. 
Tak na marginesie, nasz lokal jako jedyny w okolicy serwował śniadania. Nic wyszukanego, zwykle bywały to tosty. Albo jajecznica z koperkiem. Czasem rzucaliśmy jeszcze chlebek gratis - tak jak i tego dnia. 
Kaśka położyła mi pokrzepiająco dłoń na ramieniu, po czym poszła zanieść danie. Ja natomiast zaczęłam zmywać.
- Wiesz - zaczepił mnie pan Stasiu, najwyraźniej słyszał naszą rozmowę - twój tata również taki był. Nigdy się nie poddawał. - Powiedział, a ja aż przestałam myć naczynia. Próbowałam powstrzymać łzy przed wypłynięciem z oczu. - Jak wybudował ten bar, chciał, byś czuła się tu jak w domu, nie za karę. I pamiętaj, ja czy pani Basia zawsze będziemy cię wspierać.
- Wiem, dziękuję. - Szepnęłam, nawet na niego nie spoglądając.
 Minęło już tyle czasu. Sześć lat od tego nieszczęsnego wypadku, który odwrócił moje życie do góry nogami. Tato zmarł, a ja zostałam z macochą. Uparłam się, by nie burzyła tego baru. Przemyślała moje słowa i uznała, że najlepszą robotą dla mnie będzie właśnie praca tutaj. Odkąd zaczęła nim zarządzać, budynek stał się dla mnie karą. Może pan Stasiu ma rację - to przecież mój dom, mam tu ludzi, którzy są ze mną od zawsze i powinnam się cieszyć, że nie jestem zupełnie sama?
Pan Stasiu, pani Basia i jej wnuczka Kasia. Oni zawsze tu byli, odkąd sięgam pamięcią wstecz. Tylko... atmosfera się zmieniła, jak i szef się zmienił. 
- Ola!... - Rzuciła nagle konspiracyjnie Kaśka, zaglądając do kuchni. - Ola, cho!
Dyskretnie otarłam z twarzy łzy i poszłam, jak prosiła. I aż mnie cofnęło, gdy zobaczyłam, że przy jednym ze stolików siedzi wyraźnie przybity Włodarczyk.
- Idź! - Szepnęła do mnie głośno (o ile tak się da). W każdym bądź razie, słyszałam ją tylko ja, no i ewentualnie starszy pan czytający gazetę i jedzący jajecznicę.
- Co?! - Odwdzięczyłam się głośnym szeptem. - Nie!
- To twój stolik. - Pokazała mi język, a sama zniknęła w kuchni.
 Super! Jeszcze jego mi tu brakowało…
 Wzięłam dwa głębokie oddechy i podeszłam do niego. Stanęłam przy stoliku, wyciągnęłam notesik i długopis.
- Cześć, co podać? - Zapytałam, nawet nie patrząc na niego, tylko w kartkę.
- Kawę. I coś, czym się najem na śniadanie.- Odpowiedział.
Super, gratuluje wyboru!
- Proponuję w takim razie jajecznicę z koperkiem, dzisiaj pieczony chleb gratis. - Skinął głową, wyrażając głowę. - Coś jeszcze podać? - Zapytałam.
- Tak. Rozmowę.
 I wtedy uniosłam wzrok znad kartki i spojrzałam na niego, nieźle zszokowana.
- Nie wiem, czy mamy o czym rozmawiać.
- Chodzi o twoją siostrę i mojego przyjaciela. - Wyjaśnił.
Oho, coś ciekawego.
- Przykro mi, jestem w pracy.
 Wojtek się rozejrzał. Zobaczył tylko starszego pana, który już był obsłużony, a tak to totalne pustki. O tej godzinie zawsze tak bywało.
- No, faktycznie. Zapracowana jesteś.
Aktorsko wywróciłam oczami. Peszyłam się przy nim, zwłaszcza gdy przewiercał mnie swoim spojrzeniem.
- Zaraz wracam. - Burknęłam.
 Podałam kartkę Kaśce, a ona wręczyła mi już gotową kawę dla klienta. Nie wiem, dlaczego tak cwaniacko się uśmiechała, aczkolwiek pewnie krążyły jej w głowie jakieś głupie pomysły na temat siatkarza i  niestety - mój.
Postawiłam przed nim kawę, a sama zasiadłam naprzeciwko niego.
- Wiesz, jeśli chodzi o Oliwię, to mamy niezbyt dobry kontakt. - Wyjaśniłam. Może w ten sposób zrezygnuje z rozmowy?
Cóż, myliłam się.
- A ktokolwiek może mieć z nią dobry kontakt? Zadufana w sobie lalunia. - Parsknął. - Dobra, niekoniecznie chciałem porozmawiać o niej i o Wronie. - Słysząc to, już miałam wstawać i odejść, ale złapał mój nadgarstek. Znowu. - Po prostu chciałem pogadać z kimś innym niż te lalki, a ostatnio przez wzgląd na Andrzeja, non stop spędzam z nimi czas.
- Cóż, nie wiem, czy akuratnie ja jestem super towarzyszem do rozmów…
- Proszę.
 Znowu usiadłam na poprzednim miejscu, mimo ogromnego wahania. W każdym razie, nie rzucił jeszcze żadnym tekstem “super tańczyliście”, także może nie potrzebnie spinałam? Faceci są przecież w ogóle nie spostrzegawczy…. NO i chyba niewinna rozmowa nikomu jeszcze nie zaszkodziła? 
- Jesteś całkowicie inna od swojej siostry. - Stwierdził, upijając łyk swojej kawy. - Jak to możliwe?
- W sumie to nie jest moja siostra. Tylko przyrodnia. - Sama nie wiem, dlaczego zaczęłam mu opowiadać o sobie. - I racja, jesteśmy przeciwieństwami.
- Jak ją zobaczyłem na meczu w szpilkach, to myślałem, że padnę. - Zaśmiał się, jednak ostrożnie. Obawiał się chyba, by nie powiedzieć czegoś niestosownego. - Ty chodzisz na mecze?
- Mecze czego, siatki? - Zapytałam, udając głupią.
- No tak, siatki. - Uśmiechnął się. - W sumie, możesz nie wiedzieć. Przepraszam, czasem zapominam, że nie wszyscy żyją tym sportem. Wiesz, w moi otoczeniu wszyscy gadają tylko o tym.
  Wiecie, doskonale wiedziałam, że gra w siatkówkę, ale nie mogłam dać tego po sobie poznać.
- Nie, nie chodzę. Jakoś tak nigdy nie mam czasu. Praca tu, praca w domu. - Westchnęłam.
- A poza pracą?
- Ale co?
- No, czym się interesujesz. - Zapytał. Serio go to interesowało?
- Hm… czytam książki. No i spotykam się ze znajomymi, myślę, że to byłoby na tyle. Z mojego ciekawego życia. - Wzruszyłam ramionami.
- No i jeździsz na motocyklu, szacun. - Dodał.
- Był mojego taty, mam zbyt duży sentyment do niego, żeby przerzucić sie na cztery kółka.
 Usłyszałam dzwoneczek z kuchni, więc poszłam po jajecznicę. Wróciłam i postawiłam talerz na stoliku, ponownie zasiadając na przeciwko siatkarza.
- Lubisz tą pracę? - Zapytał. Jej, Włodarczyk, serio cię to obchodzi?
- Nie narzekam. Przyzwyczaiłam się do pracy, więc dziwnie byłoby mi się obijać. - Wyjaśniłam. - A ty lubisz swoją?
- Wiesz, robię to, co kocham. Czyli gram. I na tym zarabiam. Czego chcieć więcej od życia?
 Tego mu mogłam zazdrościć. Ale obiecałam sobie, że sama niedługo będę zarabiała przez taniec. I na pewno zrealizuję te plany, jak wyjadę daleko stąd, do Ameryki. Jak najdalej od macochy i jej wrednej kopii. Potrzebne mi są tylko pieniądze, ech…
- No w sumie, nic. - Uśmiechnęłam się słabo.
- No, chyba że patrzeć głębiej, to miłość w się też by mogła być dobra...
O nie. zły temat, źle się działo! Szybko się otrząsnęłam i obróciłam to w żart.
- Czyżbyś nie znalazł jej u koleżaneczki Oliwii? - Zaśmiałam się.
- Ha, ha! Dobre!
 I już śmiejąc się rozmawialiśmy jeszcze o jakiś głupotach, a gdy musiałam wrócić do pracy, on pojechał na trening.
 Musiałam jednak przyznać, że poprawił mi spieprzony humor.

Popołudnie dłużyło się niemiłosiernie. Chodziłam od stolika do stolika, raz po raz robiąc sobie przerwę na kawę. Pierwszy raz tyle jej wypiłam, naprawdę! Ale skoro miałam przetrwać cały dzień w pracy i noc na treningu - kofeina była wskazana. 
  Było jakoś po siedemnastej, kiedy do naszego baru wpadła Majka, z wielką reklamówką. 
- Co ty, biegłaś laska? - Zaśmiała się Kaśka, widząc jak nasza przyjaciółka pada na pierwszym lepszym wolnym siedzeniu przy stoliku. 
- Dajcie mi wody! - Wysapała. Nie musiała dwa razy powtarzać! Pani Basia poratowała ją zimną mineralną dosłownie kilka sekund później. 
 Kaśka, śmiejąc się z niej, opadła na jedno z krzeseł barowych. Ja stanęłam i skrzyżowałam ręce na piersiach. 
- Ty - zwróciła się do mnie Majka - wyskakuj z kelnerskich łaszków i przymierzaj. 
Zmarszczyłam czoło. Kompletnie nie miałam pojęcia, o co mogło jej chodzić. 
- Ale co? 
Gdy rzuciła we mnie reklamówką, wewnątrz której zobaczyłam falbany, wiedziałam co się święci. Ale że tutaj? Tak teraz!?
- Miałam jutro do ciebie przyjść! - Oburzyłam się. Czułam, że robi mi się gorąco. Wiecie, nigdy nie przymierzałam kiecek przy świadkach, a tu dołączyła jeszcze pani Basia i pan Stasiu!
- To jest CUDO, więc teraz! - Ponaglała mnie ręką. Wstała jednak widząc moje niezdecydowanie i popchnęła mnie w kierunku klitki, w której się zawsze przebierałyśmy. - Masz to przymierzyć, bo jak coś to muszę poprawić szybko. Inne stroje też muszę ogarnąć!
- Dobra... - westchnęłam i zamknęłam się w pomieszczeniu. 
Bałam się. Ale nie tego, czy będzie pasować. Raczej że zniszczę tą sukienkę, bo naprawdę była cudowna. Niczym kreacja na bal. Jej, czułam się naprawdę niczym kopciuszek. Też miał popieprzone życie i też wybierał się na bal. Szkoda tylko, że to prawdziwe życie, a ja miałam iść tylko do pracy. Odwalić swoją robotę i spadać. 
  Rozebrałam się do bielizny i trochę minęło, jak naciągnęłam na siebie strój. Gdy już to zrobiłam, niezwykle ostrożnie jakby był serwetką czy czymś, co mogłoby się łatwo rozpruć, stanęłam na przeciwko pękniętego lustra. To było...
- O ja cię kręcę! - Tak właśnie podsumowała mój wygląd Kaśka, gdy wyszłam do nich. 
Jak się okazało, wszyscy - nawet goście- zainteresowali się tym i zaczęli klaskać, gdy obróciłam się o trzysta sześćdziesiąt stopni. Beka!
- Ja nie mogę, jest perfekcyjna! - Podekscytowała się Majka. - Ja to jestem mistrzem. 
- No, jesteś. - Zaśmiałam się. Miała rację, była mistrzem. Uczyniła ze mnie księżniczkę, choć na chwilę. I chyba naprawdę ładnie wyglądałam, bo moje przyjaciółki tylko szeroko się uśmiechały.
- Ten chłopiec który do ciebie tak przychodzi, padnie z wrażenia. - Wtrąciła Pani Basia. 
Że co? 
- Ale kto? - Zainteresowała się Majka. 
- No ten siatkarz, był tu na kawie i nasza Izula wpadła mu w oko. - Wyjaśniła starsza pani, a ja miałam ochotę zapaść się pod ziemię. 
Wdech wydech, Iza.
- Po pierwsze, to tylko klient . A po drugie - sprostowałam - nawet nie będzie wiedział, że ja to ja. 
- Nie powiedziałaś mu jeszcze? - Zdziwił się pan Stasiu. 
- Nie. I nie powiem w ogóle. - Skrzyżowałam ręce na piersiach i nadąsałam się niczym małe dziecko. 
Przyjaciółki po sobie spojrzały, a nasz starszy kucharz wywrócił oczami, machnął ręką i wrócił do kuchni. 
- Nie patrzcie się tak. - Rzuciłam posępnie. - Sukienka jest cudowna, na pewno potem zarobisz na niej majątek. 
  Majka westchnęła głęboko. Podeszła do mnie, nieco się wlekąc, i dosłownie rzuciła mi dłonie na ramiona. 
- Ona jest twoja. - Przyjaciółka spojrzała mi głęboko w oczy i lekko się uśmiechnęła. - Tylko twoja. I jestem pewna, że razem z nią będziesz miała masę dobrych wspomnień. 

  Była dwudziesta, gdy zbierałam swoje manatki z baru. Wsiadłam na motor i ruszyłam, nie patrząc się za siebie. Miałam mało czasu. Pędziłam przez bełchatowskie ulice, mijając nie jeden samochód. Lubiłam to uczucie; zupełnie jakbym była wolnym ptakiem. Czasem jeździłam bez kasku, ale tylko na kompletnych uboczach. Uwielbiałam czuć wiatr we włosach, uwielbiałam gdy poziom adrenaliny we krwi wzrastał razem ze wzrostem prędkości na liczniku. I wtedy nie ważne było, czy coś się ze mną stanie. 
  Gdy dotarłam do domu, od razu zdziwiła mnie cisza. Nie pamiętam, kiedy ostatnio po moim powrocie nikt na mnie nie krzyczał na wejściu. Niepewnie skierowałam się do salonu - nikogo tam nie było. Potem za cel obrałam kuchnię, gdzie od razu wpadła mi w oczy duża kartka przywieszona na lodówce. 

"Jestem na spotkaniu biznesowym. Wracam jutro rano." 

Tak, tak! Spotkanie biznesowe, tak to się teraz nazywało. Ale czy mnie to obchodziło? Nie. Grunt, że małpy nie było w domu. 
Zgniotłam kartkę w rękach i wyrzuciłam do kosza. Skierowałam sie na pozostałą część domu, ale z tego co zarejestrowałam, nawet młodej Rudej nie było. Pewnie pojechała do tego swojego siatkarzyka. Lepiej dla mnie. 
  Wbiegłam po schodach, prosto do swojego pokoju. Spod łóżka wyciągnęłam torbę z ciuchami na trening i innymi potrzebnymi rzeczami. Swoje blnd włosy związałam, a na nie nałożyłam perukę. Choć o tej godzinie nie spodziewałam się , że kogokolwiek zastaniemy tam, nie mogłam ryzykować. Wyciągnęłam jeszcze z szafy skórzaną kurtkę i - pierwszy raz od dawien dawna - wyszłam na trening po ludzku, przez drzwi. 
  Gdy dojechałam na halę , przyjaciele już na mnie czekali. 
- Mała! - Kora krzyknęła z całych sił. Podeszła do mnie i mnie mocno uścisnęła. - Stęskniłam się. 
- Nie widziałyśmy się zaledwie dwadzieścia cztery godziny. - Zachichotałam. - Siema wszystkim! 
- Widzę, że przypasował ci brąz. - Zwrócił uwagę na moją perukę Bartek. - Ale wolę cię w blondzie. 
  Dałam mu kuksańca z łokcia w bok, a w odpowiedzi zaczął się śmiać. Siwy natomiast objął mnie ramieniem. - Ładnemu we wszystkim ładnie. - Cmoknął mnie w skroń. - A nasza Mała jest po prostu ostrożna. 
- Tak jakbyście wy nie byli ostrożni. - Burknęłam. Sami mieli w większości kaptury na głowach, albo maski z poprzedniego występu. 
- No bo to nasz styl jest, styl M.A.D., dajemy show, ale jesteśmy nierozpoznawalni, jest moc. - Odezwał się tym razem Brodaty, rapując całe swoje zdanie. Zaśmiałam się. 
- Poza tym - rapował dalej i uwierzcie, bekowo to wyglądało - mała ruda jest wredna, jest jak cień Małej, aha, musimy być zamaskowani, aha...
- DObra, staph. - Przerwała mu rozbawiona Kora. 
 Pomyslałam, że miał rację. Musieliśmy być ostrożni, przynajmniej ja. Bo Ruda mogła być wszędzie. Albo... no właśnie. Albo mój stalker. 
  Jak na zawołanie - NAPRAWDĘ - z hali wyszedł spocony w trzy dupy Włodarczyk. Że kurwa co? 
  Choć byłam w peruce, spuściłam głowę w dół i zastawiłam twarz dłonią. 
- Ocho, czyżby mieli trening jakiś? - Zdziwiła się Lola. 
- Nie wydaje mi się... - Zmrużyłam oczy i przyjrzałam się siatkarzowi. On również nas namierzył i spoglądał w naszą stronę. Miał na sobie dres Skry Bełchatów, przez ramię przewiesił sobie torbę, a w ręce trzymał pustą butelkę po mineralnej. 
Szedł jednak sam. Czas mijał, a tylko on szedł na parking. Nikogo więcej nie było. Hm, a dałabym sobie rękę uciąć, że w południe spadał z baru na trening. A moze to był tylko kit i leciał do Sary?..
  Kurwa, Izka! - Krzyknęłam do siebie w myślach. - Co cię to w ogóle interesowało! 
  Przyjaciele skierowali się do budynku, w wesołych nastrojach, już wymyślając nowe kroki. A ja mimo zbesztania się w myślach kilka sekund wcześniej, jeszcze chwilę postałam na parkingu, odprowadzając spojrzeniem siatkarza. 
Nie poznawałam samej siebie. 

~*  *  *~

Macie nowy, a co! Gotowy, to wrzucam. Ale nie przyzwyczajajcie się do takiego tempa pisania, o nie! 

CZYTASZ = POŚWIĘĆ CHWILĘ I ZOSTAW KOMENTARZ. :)
Dzięki za komentarze pod innymi rozdziałami, jesteście wielcy <3


 





1 komentarz:

  1. Ciekawe co Wojtek robił do tak późna na hali :D Genialny rozdział dawaj szybko kolejny :*

    OdpowiedzUsuń