czwartek, 2 lipca 2015

1. Świta Oliwii.

- Cholera, czemuś tu nie posprzątała?! IZABELO!
Tak. Właśnie mi się oberwało. Moja macocha chodziła podenerwowana od samego rana i non stop się mnie czepiała. Tylko mnie. Tym razem szło o pozostawione brudne naczynia w zlewie.
Wiem, miałam je umyć. Ale na litość boską, spieszyłam się do roboty!
- Zrobię to po pracy, teraz muszę wychodzić. - Warknęłam i wyszłam, zarzucając sobie torbę przez ramię.
Nie miałam ochoty słuchać więcej wyzwisk pod swoim adresem. Żeby was nie okłamać -  tak było średnio raz w tygodniu. Ale już niedługo… niedługo się wyprowadzę. W cholerę. Jak najdalej stąd, z Bełchatowa.
 Otwierałam garaż, gdy zaczepiła mnie jeszcze ruda siksa. Moja przyrodnia siostra. Obydwie miały tak samo rdzawą czuprynę na głowie i tylko to potwierdzało, że “ co rude to wredne”.
- Mama mówi, że dzisiaj masz dwie zmiany w robocie.
 O nie, nie, nie, tylko nie to!
- Przecież ustalałam z nią, że dzisiaj tylko tylko do piętnastej! - Zdenerwowałam się. Miałam plany, duże plany!
- Uważa, że i tak nie masz nic do roboty. - Obojętnie wzruszyła ramionami.
Oliwia odwróciła się na pięcie i odeszła, a ja miałam ochotę rzucić w nią czarnym, motocyklowym kaskiem.
Szlag by to!

Byłam niesamowicie poirytowana, ale ten stan dodawał mi siły do walki. Choć nie raz rzucały mi kłody pod nogi, nawet nie wiedząc jak bardzo psują mi plany, zawsze dawałam radę. W takie dni jak ten zawsze rzucałam się w wir pracy, nie martwiąc się zbytnio, co pocznę później - gdy godzina X nadejdzie. To szybkie tempo wcale mi nie przeszkadzało, choć latałam jak głupia od stolika do stolika, nie mając nawet czasu na przysłowiowe “mrugnięcie okiem”. Czasem się zastanawiałam, czy w ogóle miałam czas zaczerpnąć głębszy oddech!
Odpowiedź, rzecz jasna: nie, nie miałam.
To ona kazała mi tu pracować. Uważała, ze muszę jakoś spłacać to, ze mieszkam pod “jej” dachem. Przynajmniej do czasu, kiedy będę mogła ruszyć pieniądze z konta, które pozostawił mi tata. Niestety, do dwudziestego pierwszego roku życia nie mogłam ich tknąć. Uwierzcie, gdyby było inaczej, już by mnie w Bełchatowie nie było.
Mam swoje marzenia. Mam marzenia, które mnie zabiorą do Ameryki.
- Cholera! - Warknęłam, gdy widząc Oliwię w progu naszego baru, aż potknęłam się o własne nogi.
 Krew we mnie zawrzała, gdy ruda małpa zaczęła się ze mnie śmiać, przykuwając uwagę wszystkich klientów. Doleciała do mnie Kaśka, która od razu pomogła mi wstać.
- Nic ci nie jest? - Upewniała się, przyglądając mi się uważnie. - Ojej, twoja spódniczka.
 Spojrzałam tam, gdzie ona. Widząc rozerwaną spódniczkę na szwie, aż jęknęłam. Gorzej być nie mogło!
- Idę się przebrać. - Burknęłam, już nie zwracając uwagi na Oliwię i jej świtę.
 Przebrałam się w to, w czym przyjechałam , czyli stare, wygodne jeansy. Znowu przepasałam w pasie pudrowy fartuszek i wróciłam do pracy.
Oczywiście, nie uszło to uwadze mojej “siostrzyczki”. Mój nowy strój, rzecz jasna.
- Iza! - Krzyknęła z końca lokalu. Miała tupet, nie powiem.
 Zmarszczyłam brwi patrząc na Kaśkę. Ta jedynie wzruszyła ramionami i poszła do swojej części stolików. Nie miałam jej tego za złe. Każdy normalny unikał tej elity!
 Pewnym krokiem ruszyłam w ich stronę. Oliwia, jej koleżaneczka, która próbowała się do niej upodobnić, i dwóch przerośniętych kolesi. Jeden z nich, ten zarośnięty, był chyba nowym “nabytkiem” Oliwii. Drugi natomiast był wczytany w kartę z menu.
Wyciągnęłam z kieszeni notesik i długopis.
- Co podać? - Uśmiechnęłam się sztucznie.
- Gdyby mama tu była, na pewno nie puściłaby ci płazem tych … spodni. - Cmoknęła zniesmaczona. - Ale ja ci odpuszczę, znaj moje dobre serce.
Trzymajcie mnie, bo zaraz jej….
Oczywiście, nic jej nie zrobiłam, tylko wywróciłam oczami.
- To co wam podać?- Ponowiłam pytanie, nie komentując w ogóle jej uwagi.
- Hm… - Pierwsza odezwała się tleniona blondynka, siedząca po lewej. - Macie tu coś bez cukru, bez glutenu i kalorii?
- Hm… - Przedrzeźniałam jej próbę myślenia, stykając lekko w brodę długopisem i błądząc spojrzeniem w przestrzeni. - Wodę.
 Chłopak siedzący obok niej parsknął śmiechem.
- Ha, ha. Myślisz, że zabawna jesteś? - Naburmuszyła się blondi, Sara bodajże.
- Dobra, - wtrącił chłopak - zastanów się, a my zamówimy. - Zwrócił się do przyjaciół na przeciwko. - Wrona , co bierzecie?
 Wrona? No tak, jeden z tych siatkarzyków bełchatowskich. Zastanawiałam się, od kiedy moja siostra przebiera w sportowcach. Ale co tam, grunt że kasiasty , sławny i … przystojny, powiedzmy.
- Ja wezmę kebaba. Trzeba się przed meczem doładować kaloriami. - Zapisałam to, o co poprosił.
- Ja też. - Powiedział jego kolega.
Ok, kebab razy dwa. Pięćdziesiąt procent progress. Teraz najgorsze.
- Zjedzcie coś , - powiedział Wrona do dziewczyn - bo będziecie głodne , do meczu trochę czasu jest.
- Jak patrzę na to menu, to aż mi się wymiotować chce. Sam tłuszcz! - Skrzywiła sie blondyneczka.
 Kątem oka widziałam, jak jej towarzysz aktorsko wywraca oczami. Sama natomiast miałam ochotę wybuchnąć śmiechem.
- Dobra, z dwojga złego niech będzie ta sałatka fitness, ale kurczak ma być grillowany. Zero tłuszczu!
 Oliwia zamówiła to samo. Uznałam to jako moje małe zwycięstwo. Wiecie, wzięłam od nich zamówienie! Szok! I spędziłam przy ich stoliku tylko dziesięć minut.
- Tragedia. - Zaśmiałam się, gdy z brudnymi naczyniami z innego stolika szłam obok Kaśki. - Myślałam, że Oliwia jest głupia, ale ta blondi przekroczyła wszelkie granice!
- Pamiętaj, kto z kim przystaje takim się staje! - Zawtórowała mój śmiech moja przyjaciółka. - A tak w ogóle, to są ci siatkarze, na których mecz potem idziesz?
- Daj spokój, nie przypominaj mi. - Westchnęłam.
- Oj tam, wyglądają na fajnych. Ten jeden odprowadził cię spojrzeniem.
 Zbeształam ją jednym spojrzeniem.
- No co! - Obruszyła się.- Mówię to, co widziałam.
  Mimo wszystko odwróciłam się i zerknęłam w ich stronę raz jeszcze. Choć Sara się przymilała do jednego z nich, on zerkał na mnie. 
Pokręciłam jeszcze głową. Jesteś chora na umyśle, zbeształam się w myślach. Miałam ważniejsze rzeczy do roboty niż oglądanie się za... siatkarzami. Albo w ogóle: za facetami.
- Patrząc na to, z kim tu przyszli… cóż, nie mogę być w guście żadnego z nich. - Tymi słowami zakończyłam ten dziwny, niepotrzebny temat.
   Przyniosłam im dania po piętnastu minutach. Oczywiście, nie obyło się bez komentarza, że zbyt długo czekali. Gdy zjedli, ja na szczęście miałam przerwę, więc Kaśka dała im rachunek, a potem wydała resztę. Sądząc po jej minie, gdy ona schodziła na przerwę, sama doświadczyła na własnej skórze zgryźliwych komentarzy mojej siostrzyczki i już nie powracała do tego tematu.
 Tego popołudnia był ruch jak nigdy. A to wszystko przez wzgląd na mecz, który miał się odbyc wieczorem i  najechali ludzie spoza miasta. Wiadomo, to nie wróżyło nic dobrego, bo sama na ten mecz musiałam iść. Nie chciałam zostawiać Kaśki i całej barowej ekipy, gdy był taki ruch, więc cierpliwie przeczekałam do momentu, gdy w barze były zajęte tylko trzy stoliki.
Było już późno. ściągnęłam z siebie kelnerskie ciuszki i przebrałam się w odpowiedni strój - niezbyt wyszukaną, prostą sukienkę do kolan. Zanim wyszłam z naszej klitki, która znajdowała się na tyłach baru, wpadła tam jeszcze Kaśka.
-Przyszłam ci życzyć powodzenia , kochana. - Odwróciła mnie o sto osiemdziesiąt stopni i dała “szczęśliwego” kopa w cztery litery.
- Laska, ja idę tylko na mecz. - Znowu na nią spojrzałam. Wysoko uniosłam brwi i puściłam jej oczko.
- Jasne. Wiem, że to tylko mecz. - Aktorsko wywróciła oczami i zaczęła się śmiać. - Idź już, widziałam, ze Siwy czeka na zewnątrz.
 Przytuliłam ją jeszcze na pożegnanie. - Dziękuję za wszystko. - Cmoknęłam ją w policzek, minęłam ją i czmychnęłam tylnym wyjściem.
 Miała rację, Siwy czekał. Siedział za kierownicą swojej starej be-em-ki i nie ruszając się stamtąd, uchylił mi drzwi od strony pasażera.
- Wiedźmy nie było, że tak szybko poszło? - Zaśmiał się. Odpalił samochód i ruszyliśmy.
- Nie, zrobiła sobie dwudniowy wypad do spa. - Skrzywiłam się na samą myśl o tym, jak ona się pindrzyła. I dla kogo, dla kogo?! - Gorzej z młodą.
- To znaczy?
- Będzie na meczu. - Burknęłam. - Od tygodnia o nim gadała. Wiesz, świruje, odkąd spotyka się z tym całym Wroną. - Westchnęłam głęboko i aż musiałam się z tego otrząsnąć. Biedny siatkarzyna. W ogóle nie miałam pojęcia, co on w niej widział. Na dodatek ona w ogóle za sportem nie przepadała. Nie , żebym ja uwielbiała siatkówkę. Miałam w tym wszystkim własny interes. - W ogóle - zmieniłam temat - masz wszystko, nie?
 Skinął głową do tyłu, bym się odwróciła.
Na tylnym siedzeniu była torba, sowicie wypełniona aż po brzegi. Torba od Majki. Nigdy jeszcze nie zawiodła.
- Dała wszystko, co potrzebne. - Zupełnie jakby czytał mi w myślach. - Boże, Mała, ja się w ogóle dziwię, że tyś się na to wszystko zgodziła.
- Zgodziłam się, bo nie mamy co począć.
- Ale zawsze mówiłaś… 
- Wiem, co mówiłam! - Przerwałam mu. - Ale musimy coś zrobić. W końcu.- I tymi słowami zakończyliśmy ten temat. 

~*  *  *~ 
WIęc mamy jedyneczkę :) Przepraszam, że krótka, ale musiałam urwać w tym momencie!
Jak myślicie, co planują Siwy i Mała? :)


5 komentarzy:

  1. Zostaję :)
    Historia mnie wciągnęła :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. http://pulapkizycia.blogspot.com/
      http://wiararzyjacielemwytrwalych.blogspot.com/ zapraszam :)

      Usuń
  2. Zajebisty wciąga na maksa.Przeczytałam i zostaje.Czekam na więcej <3

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. super! Witam na pokładzie :) kolejny rozdział na dniach! :)

      Usuń