`Bo w życiu nie chodzi o to, by przeczekać burzę,
lecz by nauczyć się tańczyć w deszczu...
Godzina szesnasta nadeszła bardzo szybko.
Chociaż sama nie byłam "główną" występującą osobą (pięć minut wcześniej nie wiedziałam, czy w ogóle zatańczę, bo byłam w pracy!), siedziałam punktualnie w jednym z wozów na głównej ulicy przy barze. Serce waliło mi jak oszalałe. Choć to nie był nasz pierwszy występ na większą skalę... cóż, podchodził pod trochę może... nielegalny?
Zresztą, sami się przekonacie.
W każdym bądź razie, siedziałam w samochodzie i nałożyłam perukę. Przymocowałam ją jak zwykle maską - prostą, czarną. Każdy z nas miał czarną maskę, ale tym razem nie zasłaniała całej twarzy, tylko poziomą nad nosem, wokół oczu. Usilnie starałam się uspokoić swoje tętno - czułam się tak, jakbym przebiegła co najmniej maraton - choć to zdawało się na nic. I wtedy zobaczyłam ICH, a żołądek podskoczył mi do gardła. Dosłownie.
Karol Kłos, jego dziewczyna Ola, i Wojtek Włodarczyk - spacerkiem zmierzali najprawdopodobniej do naszego baru. WIęc jakie było ich zdziwienie, gdy nagle dobiegło do nich głośne trąbienie, a następnie muzyka wypełniła całą ulicę. Tak samo ja - ogarnięta przerażeniem - wyskoczyłam w odpowiednim momencie z jednego z naszych wozów. I takie było nasze show, które wylądowało na yt (*obejrz*)
To, co zrobiliśmy było... NIESAMOWITE. Jak wskoczyłam na wóz, wszystko poszło jak z płatka. Znowu. TO był mój - i nasz - żywioł. Przestałam się przejmować, że nielegalnie zatamowaliśmy ruch. Że nielegalnie skakaliśmy po cudzych wozach. Wszyscy nam wiwatowali i klaskali, niektórzy tańczyli razem z nami> A zebrała sie całkiem spora publika. Nawet dziewczyny z baru wyszły popatrzeć.
W tamtym momencie liczył się tylko taniec i fakt, że Włodarczyk nie spuszczał ze mnie spojrzenia. Musiałam jednak przyznać sama przed sobą, że i ja nie mogłam się powstrzymać, by na niego nie zerkać. Och, gdybyś tylko wiedział... gdybyś wiedział, kim jestem.
Kończyliśmy występ, gdy zobaczyłam nadjeżdżający z przeciwka samochód, który doskonale znałam. Moja macocha.
Cholera. - Warknęłam w myślach. Podczas gdy inni pakowali się do wozów, by już odjechać, ja musiałam się jakoś przedostać do baru. I nawet nie zauważyłam, jak podbiegł do mnie Włodarczyk i zatrzymał mnie na środku tej ulicy, łapiąc za ramię.
- TO ty! - Powiedział. - Znowu się widzimy.
Serio, z chęcią bym z tobą porozmawiała, ale cholera, nei miałam czasu!
- Sorry, muszę spadać.
- Nie uciekaj mi! - Rzucił błagalnie.
- Muszę. - Wręcz wyszeptałam. - Dzisiaj muszę.
- A spotkamy się jeszcze?
- Tak. - Słabo się uśmiechnęłam, mając w myślach sobotnią galę. - Niebawem.
I uciekłam, w przeciwnym kierunku. Nie mógł widzieć przeciez jak wbiegam do baru. Zrobiłam kółko za budynkami i sprintem dobiegłam do tylnego wejścia do baru. Zrzuciłam z twarzy maskę i zaczęłam szybko ubierać kelnerski strój. Na lokal wybiegłam wiążąc sobie fartuch. Wpadłam - oczywiście - na nią.
- Och, tu jesteś Izabelo. - Powitała mnie jak zwykle, rzeczowo i sucho. Zacisnęłam usta w wąską linię.- Co to było za zamieszanie przed barem na ulicy? Następnym razem dzwońcie od razu po policję, to rozgonią tą głupią młodzież.
Ha, ha! Dobrze mamusiu, dobrze!
- Nie wiem, co to było. - Skłamałam. Obojętnie wzruszyłam ramionami. - Zmywałam naczynia.
- Dobrze.. - mlasnęła, bacznie lustrując mnie spojrzeniem. - Dobrze, zrób mi kawę na wynos i wracaj do pracy.
Zrobiłam to, o co prosiła, i szybko pozbyłam jej się z baru. Nigdy tu nie przesiadywała, bo nie lubiła tego miejsca z całego serca. Ale zawsze jak tu wpadała - na głupią chwilę - zapadała grobowa atmosfera, nawet wśród klientów, którzy ją już znali.
Siatkarze wraz z Olą zajęli standardowe miejsce przy stoliku, należącym do mojej działki. Podeszłam, starając się zachowywać spokój. I nie dać po sobie poznać, że z Włodarczykiem rozmawiałam zaledwie piętnaście minut temu na ulicy. Chrząknęłam.
- No cześć wam, co podać? - Zapytałam, trzymając już w rękach notesik i długopis.
- Och, cześć Iza! - Przywitała się ze mną blondynka. Karol również skinął. - Co tam u ciebie słychać?
- Ano, jak widać, praca. - Uśmiechnęłam się słabo. Niezbyt było sie czym chwalić.
- Ej, patrzcie, patrzcie! - Karol przerwał i skinął na plazmę wiszącą na ścianie. Jak zwykle - włączony był program informacyjny z naszego miasta. I czy to było dziwne, że już pokazali nasz występ? Nie. W tym mieście nic się nie ukryje, ale o to chodziło, prawda?
Pani w czarnych włosach ściętych w króciutki bob, z okularami na nosie, stała i opowiadała o naszym występie. A w tle była dosłownie jego końcówka, jak zeszliśmy już z samochodów. Kilka sekund później uciekliśmy do wozów i zniknęliśmy. No, dobra. Kto do wozu ten do wozu. Ja do roboty.
Przyglądałam się temu z wytrzeszczonymi oczami i z otwartą buzią, serio.
- Sławna w ostatnim czasie grupa M.A.D., zwłaszcza z występu na hali podczas meczu siatkarzy, znowu uderza! Warto zaznaczyć, że te wspaniałe występy można również obejrzeć na you tubie, ponieważ w krótkim czasie zgromadziły miliony wyświetleń internautów z całego świata! Pozostaje tylko pytanie, kim ONI są? Czy kiedykolwiek wystąpią bez masek?
Nie ma to jak dobra reklama, nie? Coś tam jeszcze prezenterka mówiła, ale totalnie nic już do mnie nie docierało.
- No, ciekawe kim oni są. Zwłaszcza ta jedna w brązowych, długich włosach. - Zaśmiał się Kłos. - Wojtkowi by się chyba przydała ta informacja.
Żołądek momentalnie podszedł mi do gardła.
- EJ, co ty pierdolisz? - Skrzywił się wspomniany siatkarz.
- No próbowałeś ją złapać, a ci uciekła. - Zakpił. - Musisz popracować nad swoim urokiem osobistym, bo laski odstraszasz.
- No a co do niej - odezwała się Ola - to radziłabym się pospieszyć. Na fanpage`u M.A.D na Facebook`u ma już wielu adoratorów.
Fanpage? Co kurwa?! Niech no ja tylko dredziarza dorwę! Dobrze wiedzieć coś na temat fanpage`a! Ale... no, pewnie mi mówił. Zawsze mi mówi. Ale to ja nie mam czasu na ten cały Internet. Może warto jednak tam zajrzeć od czasu do czasu.
- Dajcie mi spokój. - Fuknął przyjmujący. Nie wiadomo czemu był jakiś taki podenerwowany. A rano był taki wesoły, doprawdy.
- Sorry za niego, dostał piłką na treningu. - Zaśmiał się środkowy Skry, tłumacząc zachowanie swojego kolegi.
- Żebyś ty czasem jutro nie dostał.
- Jej no Wojtuś - Karol nie przerywał tej konwersacji - wiesz ile razy JA kosza dostałem? JA!
- No, w gimnazjum to na pewno bolało. - Skrzywiła się Ola. - A my spotykamy się od liceum, chyba, że o czymś nie wiem. - Zmierzyła go groźnie spojrzeniem.
Siatkarz uniósł ręce w geście poddania. - Ej, chciałem tylko kumpla pocieszyć!
- Dobra, bo my tu gadu-gadu , a ja muszę wziąć zamówienie i obsłużyć resztę klientów. - Westchnęłam głęboko.
I konwersacja się skończyła, przynajmniej moje uczestnictwo w niej, jak poszłam im po dwa kebaby i deser lodowy.
To był naprawdę dziwny dzień. Dlaczego? Bo na tym popołudniowym tańcu się nie skończyło. Jak się okazało... przetańczyłam całe wieczór. Ale zacznijmy od początku.
Zaczęło się od tego, że przyszedł niejaki Mariusz Wlazły oraz Michał Winiarski razem z żonami (swoją drogą, zacni goście!). I ten drugi zaczął majstrować przy starej szafie grającej, jeszcze z czasów mojego taty. I uwierzcie lub nie, ale znowu zaczęła grać. Siatkarz z drobną pomocą pana Stanisława ją uruchomił. W między czasie przyszło jeszcze kilku siatkarzy. Kacper i jakiś dwóch zagranicznych (Facundo i Nicolas, ale nie pytajcie, nie znam ich, widziałam ich tylko na tej imprezie Oliwii!), oraz jakieś dziewczyny. Pierwszy raz od dawien dawna zrobiło się aż tak tłoczno w naszym barze. Alkohol płynął strumieniami, a gdy siatkarze zsunęli kilka stołów pod ścianę, robiąc parkiet, wszyscy zaczęli się bawić i tańczyć.
I to Michał WIniarski pierwszy poszedł i pokazał małe show! A zaraz za nim poszli pozostali.
- Ale super. - Westchnęła Kaśka, tuląc swoją pustą tackę do piersi i podpierając się o ścianę. - W końcu jacyś młodzi, a nie same alkusy i staruchy. Tak.. tak jak dawniej.
Oparłam się o ścianę i skrzyżowałam ręce na piersiach. Powiekami próbowałam stłumić łzy, które nagromadziły się w moich oczach. Choć nie pamiętałam wiele, zwłaszcza z dzieciństwa, sceny z baru jakoś szczególnie utkwiły mi w pamięci. Było tak samo; trochę starsze meble, młodzi, ubrani bardziej stosownie na tamte lata, muzyka płynąca z szafy grającej oraz te tańce. Choć z początku skakałam tylko na samym środku , razem z Kaśką, ale to w ogóle tańca nie przypominało, potem wszystkie ruchy nabierały sensu, a ja zaczęłam kontrolować własne ciało. I to właśnie tata zabierał mnie na zajęcia z gimnastyki artystycznej, z tańca... zawsze. Dzięki niemu.
- Dokładnie, jak dawniej. - Przyznałam Kaśce rację.
- W sumie mogłybyśmy takie coś wprowadzić.
To był niegłupi pomysł. Po śmierci taty jakoś tak doszliśmy od tańca i takiej hucznej zabawy. Może czas i pora do tego wrócić?
- Na takie regularne potańcówki ja się piszę! - Jak znikąd znalazł się przy nas Wojtek.
Uśmiechnęłam się i wywróciłam oczami.
- Ty to się skup na siatkówce a nie na tańcach!
- Oj tam, i tak już jestem w grze świetny. - Dumnie wypiął pierś. - A taniec muszę podszlifować.
- To Izka dobrze sobie radzi - powiedziała Kaśka i popchnęła mnie w jego stronę, nim zdążyłam zareagować. Z rąk wyrwała mi tackę, - podszkoli cię!
I nic kompletnie nie zrobiłam, bo siatkarz bez gadania złapał mnie za rękę i wciągnął w tłum bawiących się przerośniętych siatkarzy.
Choć z początku uważałam, by czasem nie odwalić jakiegos super numeru, po którym ktoś mógłby przypuszczać cokolwiek (na przykład , że należę do M.A.D. - wiem, absurdalne, ale jednak), w końcu coś mnie tchnęło i zerwałam z siebie fartuch. Wywijałam z Wojtkiem na parkiecie i zapomniałam o całym świecie. I uwierzcie, wcale źle nie tańczył, więc nie mam zielonego pojęcia, czego miałabym go uczyć.
Gdy rozbrzmiała wolniejsza piosenka, od razu położył mi swoje wielkie dłonie na biodrach i przyciągnął bliżej. Kołysaliśmy się w rytm muzyki.
- Mam nadzieję, że nie chciałaś jeszcze uciekać. - Zaśmiał się.
- Wiesz, jestem w pracy.
- Zadowalasz gości, więc dobrze pracujesz. - Uniósł do góry brwi. Na jego twarzy pojawił się cudowny, szelmowski uśmiech. Taki sam, jaki widziałam po jeździe na motorze.
- Gości? - Rzuciłam wesoło, kładąc mu ręce na ramiona. - Chyba tylko ciebie!
- Nie narzekam. Zwłaszcza, że dzięki tobie ten dzień naprawdę jest wyjątkowy, od samego rana. - Spojrzał mi głęboko w oczy.
Żołądek momentalnie mi się skurczył, a ciało pokryło się gęsią skórką. Cholercia, Iza!
- Tak w ogóle - szybko musiałam zmienić temat - gdzie zgubiłeś Wronę?
Przez moment nic nie mówił. Trochę mina mu zrzedła i widziałam, jak zaciska momentalnie szczękę.
- Chyba się w nim nie zabujałaś? - Rzucił podejrzliwie.
Nie mogłam powstrzymać gwałtownego wybuchu śmiechu.
- Wojtek! Oszalałeś?! - Nie mogłam przestać się śmiać. - Po prostu tam gdzie on jest i Oliwia, zastanawiałam się, czy tu wpadnie. A zapewne popsułaby atmosferę.
- Hm... - namyślał się chwilę - coś tam mówił, że idą do jakiejś restauracji świętować ileś tam dni razem.
Och, mniamuśnie. Ale dobrze, przynajmniej mam ruda małpę z głowy, jupi!
- Genialnie. - Wyszczerzyłam się. - Czyli jednak ten wieczór będzie udany, caaaalutki. - Przeciągnęłam słowo jak dziecko.
- Wiesz, mógłby być jeszcze mil... - Zaczął, ale Kłos nie dał mu skończyć.
- Odbijany! - Krzyknął i wyrwał mnie z objęć Wojtka. Na moje miejsce wskoczyła Ola. I wtedy w lokalu rozbrzmiała szybka, energiczna piosenka. I Karol... jej, Karol to wymiatał. Wymęczył mnie niesamowicie! Dlatego po piosence po prostu wróciłam do roboty, trochę odetchnąć i zwalniając Kaśkę z dyżuru - sama poszła się bawić.
Sprzątałam właśnie z jednego ze stolików, kiedy zza pleców dobiegł mnie krzyk.
- O ja nie mogę, a tu co się dzieje?!
Gwałtownie się odwróciłam. No tak, Kuba i Majka mówili, że wpadną. A że dodatkowo przytachali jeszcze Bartka i Korę było niczym wisienka na torcie. WIecie, oni mieli taniec we krwi, więc tylko się ze mną przywitali i poszli w densy!
- No jak widać, potańcówka. - Uśmiechnęłam się. Odłożyłam na stolik na chwilę brudne talerze, a sama oparłam się o blat. - Siatkarze wpadli i ... cóż, tak wyszło.
- No, trzeba przyznać, że skrzaty się potrafią bawić. - Przyznała Majka, krzyżując ręce na piersiach i spoglądając na bawiących się klientów baru. - A myślałam, że to sztywniaki są.
- Idź powywijaj z Kłosem, to już w życiu tak nie pomyślisz. - Prychnęłam rozbawiona. Wciąż czułam się zmęczona po jednym tańcu z nim! Ola to ma byka siły, dosłownie, bo non stop z nim wywija na parkiecie.
- Kurde - oparł się o blat , obok mnie, Siwy - jak za...
- ... dawnych czasów. - Dokończyłam za niego, ze słabym uśmiechem na twarzy. - Prawie. Brakuje tylko jego. - Uroniłam jedną łezkę, którą od razu starłam wierzchem dłoni. Byłam silna, ale wciąż pozwalałam sobie na takie chwile słabości. - Ale... ale tak to wszyscy to zauważyli. Chcemy wprowadzić takie regularne potańcówki, żeby ten bar znowu odżył.
Kuba zmarszczył czoło.
- Myślisz, że ruda macocha przymknie na to oko?
- Nie wiem. - Wzruszyłam ramionami. - Ale może czas zacząć wracać do tego, co zawsze było dobre.
Nic nie odpowiedział, tylko objął mnie ramieniem. Obydwoje zatopiliśmy spojrzenia w bawiących się ludziach. Wszyscy się śmiali. Dlaczego ktokolwiek miałby tego zabronić? DLaczego ktoś miałby mi to odebrać? Odebrać taniec, odebrać radość, zniszczyć ten obraz?...
Był ktoś taki, była ona. Macocha. Która mogła to zrobić. Ale tego wieczoru zacisnęłam pięści i nawet nie dopuszczałam do siebie takiej myśli.
Zabawa trwała w najlepsze, aż do zamknięcia. Nawet pan Stasiu z babcią Kaśki poszli zatańczyć jeden kawałek, jak za starych, dobrych czasów. Nie mogłam się napatrzeć na ten obrazek.
Wojtek czekał, aż zamknę bar, bo dzisiaj był mój dyżur. Miło z jego strony, przecież nie musiał. Motocykl pozostawiłam przed barem, a razem z siatkarzem - spacerkiem poszliśmy w stronę mojego domu.
- Co to był za dzień. - Odezwał się Włodarczyk, z zatopionym spojrzeniem w nocnym niebie.
Przemierzaliśmy właśnie przez park. Choć gałęzie drzew przysłaniały niebo, można było wyłapać czarne kawałki rozświetlone przez gwiazdy. O tak, tej nocy niebo było naprawdę piękne. Westchnęłam głęboko i sama spojrzałam w górę.
- No, długi i męczący. - Zakpiłam na żarty.
- Cóż, taki też był. Ale poza pracą, był również niesamowicie przyjemny. - Spuścił wzrok na dół, na mnie. Na jego twarzy pojawił się lekki, spokojny uśmiech, ale oczy wskazywały na zmęczenie. CO się dziwić, jak po treningu jeszcze poszedł na tańce? Taniec i siatka dają w kość. - A tak w ogóle - mówił dalej - to świetnie tańczysz.
Speszył mnie ten komplement, bo nie wiedziałam, do czego zmierzał.
- Ach, no wiesz - starałam się z tego wybrnąć - dawno temu takie potańcówki u nas w barze były, to się tańczyło. Ale nie robiłam tego i tak kupę czasu. - Skłamałam. Nie mogłam mu przyznać, że tańczyłam przed nim na ulicy!
- Ale widać, że to lubisz.
- A kto nie lubi! - Zaśmiałam się.
- Wiesz, lubić można, ale nie każdemu to wychodzi. Tak samo w siatkówce. Możesz mieć predyspozycje, ale jak nie masz tu - napiął swój jakże muskularny biceps - i tu - postukał palcem w skroń - to marny z ciebie siatkarzyna.
ZMarszczyłam brwi. Really, Włodarczyk?
Siatkarz zaczął się śmiać. - Dobra, niekoniecznie tylko to się liczy. Pasja też. I w sumie to głównie. Jak masz wystarczająco wiele siły do walki, do podnoszenia się po upadkach, do brnięcia do celu.. jak masz wystarczająco dużo motywacji... cóż, jak ktoś taki jest, to może być tak zajebistym siatkarzem jak ja. - Skwitował na koniec, a ja znowu zaczęłam się śmiać.
- Skromny jesteś, Włodarczyk.
- A co, źle mówię? Źle? - Fochnął się, przystanął i skrzyżował ręce na piersiach. Mimo to ja szłam dalej, więc po chwili znowu zrównał ze mną krok. - Ale dobra, tak na poważnie, mogłabyś się zakręcić... na przykład w tym całym M.A.D.
Nagle poczułam mdłości. Tak to jest, jak się kłamie. A kłamstwo ma krótkie nogi, musiałam uważać i mieć się na baczności.
- Skąd ci przyszło do głowy, że chciałabym należeć do jakiejś grupy tanecznej. - Niby się śmiałam, ale też się podenerwowałam całą tą rozmową.
Wsadził ręce do kieszeni i spojrzał pod nogi. kopnął jakiś kamień. - Widywalibyśmy się częściej. Ta grupa ma zajęcia u nas na hali.
DObra, Włodarczyk. Chcesz, żebym się tam dostała, bo serio byśmy się widywali częściej, czy być przynajmniej miał łatwiejszy dostęp do zamaskowanej brunetki?
Nie odważyłam się jednak o to zapytać.
- Wiesz, że nie mam czasu na takie głupoty.
Wojtek już nic nie odpowiedział, chyba darował sobie ten temat. Ale to lepiej, dla mnie i dla niego.
Zaszliśmy pod mój dom. Odwróciłam się w stronę siatkarza, stając z nim twarzą w twarz.
- Dzięki za podprowadzenie. - Uśmiechnęłam się lekko.
Gdy przybliżył twarz w moją stronę, zatkało mnie. Na tyle, że nie mogłam zrobic minimalnego ruchu. I gdy mnie lekko musnął wargami, z przymrużonymi oczami, nie wiedziałam co zrobić. DOpiero po chwili dotarło do mnie, co się stało. Odwzajemniłam pocałunek. Nie był dziki; był spokojny, głęboki i namiętny. Czułam miętowy smak ust siatkarza, czułam dotyk jego dużych dłoni na plecach, pod koszulką. Przyciągnął mnie mocno do siebie i jeszcze bardziej zgłębił pocałunek, pakując mi język w usta.
- Tak bardzo mi się podobasz... - Wyszeptał, gdy jego usta znalazły się na wysokości mojego ucha. A zaraz potem składał na mojej szyi krótkie, słodkie pocałunki...
- Iza? Iza! - Powtarzał moje imię.
CHolera.
Gwałtownie pokręciłam głową. ZNowu ta twoja chora wyobraźnia płata ci figle, Iza. Za bardzo.. a bardzo chyba...
Nie, nic nie za bardzo, nic się nie działo. Potrzebowałam snu.
- Przepraszam, zmęczona jestem. - Westchnęłam. Skręcaliśmy właśnie w uliczkę, gdzie znajdował sie mój dom. Doszliśmy do niego w ciszy. Stanęłam na przeciwko siatkarza, ale nie potrafiłąm spojrzeć mu w twarz. I wtedy poczułam jego rękę na swoim ramieniu.
- Za dużo pracujesz, spasuj trochę. - W jego głowie doszukałam się odrobiny przyjacielskiej troski. - Każdemu należy się wypoczynek.
Jakby to było takie proste. Jakby macocha mi pozwalała.
- No, postaram się.
- Nie " postaram się" tylko na pewno. Jakby ta ruda małpa ci nie pozwalała, to wiesz, u mnie możesz się zaszyć na kilka dni i odpocząć.
Wtedy to już w ogóle bym się pożegnała z domem. Nie ciągnęłam jednak tego tematu.
- Nie będziesz miał problemu, żeby dotrzeć do domu? - Upewniałam się. Przecież z imprezy Oliwii nie miał jak wrócić.
- A co, chciałabyś, żebym znowu przenocował? - Na ten tekst dostał ode mnie kuksańca w ramię. - No co, nie chrapałem chyba nie?
- Nie, ale ja mam małe łóżko,a ty jesteś wielki.
- Zaraz "wielki" - naburmuszył się - po prostu... wyrośnięty. I to ty masz łóżko za małe, musisz kupić większe.
- Ciekawe po co, jak pierwszy i ostatni raz u mnie spałeś. - Pokazałam mu język. - A dla mnie jest wystarczające.
Uniósł jedną brew i znowu się uśmiechnął, tak tajemniczo, i znowu go nie mogłam rozszyfrować.
- WIęc jak z tym powrotem? - Ponowiłam pytanie.
- Nie martw się, idę do Kłosa spać, a mieszka niedaleko.
Ja przecież się nie martwiłam!
Uf, musiałam jak najszybciej się stamtąd ewakuować.
- NO to super. - Rzuciłam pospiesznie. - W takim razie, dobranoc.
- Dobranoc, dobranoc.
Na odchodne jeszcze się uśmiechnął. Wsadził ręce do kieszeni i poszedł wzdłuż ulicy. A ja stałam przed domem i patrzyłam na jego oddalającą się sylwetkę, aż nie zniknął za rogiem.
Z kuchni wzięłam jeszcze jedną paczkę Kinderek i doczołgałam się do pokoju. Dopiero teraz odczuwałam skutki całego dnia, zmęczenie ogarnęło całe moje ciało. Nim jednak się położyłam, odpaliłam laptopa i zalogowałam się na dawno nieodwiedzanym Facebook`u.
Nasza stronka M.A.D. miała już kilka tysięcy polubień. Udostępnił ją nawet Karol Kłos i Andrzej Wrona na swoich fanpage`ach, nieźle. Ale nie podziękuję kiedyś Wronie, co to, to nie! W każdym razie, na naszej stronce było już masę wiadomości, w tym pytania o mnie. Przejrzałam wszystkie strony w skrzynce odbiorczej i gdy doszłam do ostatniej, trzepnęłam się w głowę. Izka, co ty robisz! Włodarczyk nie był przecież na tyle głupi, by wysyłać do mnie wiadomości przez fanpage`a!
Natomiast ja byłam na tyle głupia, by się w nim powoli zakochiwać.
- Tak. - Słabo się uśmiechnęłam, mając w myślach sobotnią galę. - Niebawem.
I uciekłam, w przeciwnym kierunku. Nie mógł widzieć przeciez jak wbiegam do baru. Zrobiłam kółko za budynkami i sprintem dobiegłam do tylnego wejścia do baru. Zrzuciłam z twarzy maskę i zaczęłam szybko ubierać kelnerski strój. Na lokal wybiegłam wiążąc sobie fartuch. Wpadłam - oczywiście - na nią.
- Och, tu jesteś Izabelo. - Powitała mnie jak zwykle, rzeczowo i sucho. Zacisnęłam usta w wąską linię.- Co to było za zamieszanie przed barem na ulicy? Następnym razem dzwońcie od razu po policję, to rozgonią tą głupią młodzież.
Ha, ha! Dobrze mamusiu, dobrze!
- Nie wiem, co to było. - Skłamałam. Obojętnie wzruszyłam ramionami. - Zmywałam naczynia.
- Dobrze.. - mlasnęła, bacznie lustrując mnie spojrzeniem. - Dobrze, zrób mi kawę na wynos i wracaj do pracy.
Zrobiłam to, o co prosiła, i szybko pozbyłam jej się z baru. Nigdy tu nie przesiadywała, bo nie lubiła tego miejsca z całego serca. Ale zawsze jak tu wpadała - na głupią chwilę - zapadała grobowa atmosfera, nawet wśród klientów, którzy ją już znali.
Siatkarze wraz z Olą zajęli standardowe miejsce przy stoliku, należącym do mojej działki. Podeszłam, starając się zachowywać spokój. I nie dać po sobie poznać, że z Włodarczykiem rozmawiałam zaledwie piętnaście minut temu na ulicy. Chrząknęłam.
- No cześć wam, co podać? - Zapytałam, trzymając już w rękach notesik i długopis.
- Och, cześć Iza! - Przywitała się ze mną blondynka. Karol również skinął. - Co tam u ciebie słychać?
- Ano, jak widać, praca. - Uśmiechnęłam się słabo. Niezbyt było sie czym chwalić.
- Ej, patrzcie, patrzcie! - Karol przerwał i skinął na plazmę wiszącą na ścianie. Jak zwykle - włączony był program informacyjny z naszego miasta. I czy to było dziwne, że już pokazali nasz występ? Nie. W tym mieście nic się nie ukryje, ale o to chodziło, prawda?
Pani w czarnych włosach ściętych w króciutki bob, z okularami na nosie, stała i opowiadała o naszym występie. A w tle była dosłownie jego końcówka, jak zeszliśmy już z samochodów. Kilka sekund później uciekliśmy do wozów i zniknęliśmy. No, dobra. Kto do wozu ten do wozu. Ja do roboty.
Przyglądałam się temu z wytrzeszczonymi oczami i z otwartą buzią, serio.
- Sławna w ostatnim czasie grupa M.A.D., zwłaszcza z występu na hali podczas meczu siatkarzy, znowu uderza! Warto zaznaczyć, że te wspaniałe występy można również obejrzeć na you tubie, ponieważ w krótkim czasie zgromadziły miliony wyświetleń internautów z całego świata! Pozostaje tylko pytanie, kim ONI są? Czy kiedykolwiek wystąpią bez masek?
Nie ma to jak dobra reklama, nie? Coś tam jeszcze prezenterka mówiła, ale totalnie nic już do mnie nie docierało.
- No, ciekawe kim oni są. Zwłaszcza ta jedna w brązowych, długich włosach. - Zaśmiał się Kłos. - Wojtkowi by się chyba przydała ta informacja.
Żołądek momentalnie podszedł mi do gardła.
- EJ, co ty pierdolisz? - Skrzywił się wspomniany siatkarz.
- No próbowałeś ją złapać, a ci uciekła. - Zakpił. - Musisz popracować nad swoim urokiem osobistym, bo laski odstraszasz.
- No a co do niej - odezwała się Ola - to radziłabym się pospieszyć. Na fanpage`u M.A.D na Facebook`u ma już wielu adoratorów.
Fanpage? Co kurwa?! Niech no ja tylko dredziarza dorwę! Dobrze wiedzieć coś na temat fanpage`a! Ale... no, pewnie mi mówił. Zawsze mi mówi. Ale to ja nie mam czasu na ten cały Internet. Może warto jednak tam zajrzeć od czasu do czasu.
- Dajcie mi spokój. - Fuknął przyjmujący. Nie wiadomo czemu był jakiś taki podenerwowany. A rano był taki wesoły, doprawdy.
- Sorry za niego, dostał piłką na treningu. - Zaśmiał się środkowy Skry, tłumacząc zachowanie swojego kolegi.
- Żebyś ty czasem jutro nie dostał.
- Jej no Wojtuś - Karol nie przerywał tej konwersacji - wiesz ile razy JA kosza dostałem? JA!
- No, w gimnazjum to na pewno bolało. - Skrzywiła się Ola. - A my spotykamy się od liceum, chyba, że o czymś nie wiem. - Zmierzyła go groźnie spojrzeniem.
Siatkarz uniósł ręce w geście poddania. - Ej, chciałem tylko kumpla pocieszyć!
- Dobra, bo my tu gadu-gadu , a ja muszę wziąć zamówienie i obsłużyć resztę klientów. - Westchnęłam głęboko.
I konwersacja się skończyła, przynajmniej moje uczestnictwo w niej, jak poszłam im po dwa kebaby i deser lodowy.
To był naprawdę dziwny dzień. Dlaczego? Bo na tym popołudniowym tańcu się nie skończyło. Jak się okazało... przetańczyłam całe wieczór. Ale zacznijmy od początku.
Zaczęło się od tego, że przyszedł niejaki Mariusz Wlazły oraz Michał Winiarski razem z żonami (swoją drogą, zacni goście!). I ten drugi zaczął majstrować przy starej szafie grającej, jeszcze z czasów mojego taty. I uwierzcie lub nie, ale znowu zaczęła grać. Siatkarz z drobną pomocą pana Stanisława ją uruchomił. W między czasie przyszło jeszcze kilku siatkarzy. Kacper i jakiś dwóch zagranicznych (Facundo i Nicolas, ale nie pytajcie, nie znam ich, widziałam ich tylko na tej imprezie Oliwii!), oraz jakieś dziewczyny. Pierwszy raz od dawien dawna zrobiło się aż tak tłoczno w naszym barze. Alkohol płynął strumieniami, a gdy siatkarze zsunęli kilka stołów pod ścianę, robiąc parkiet, wszyscy zaczęli się bawić i tańczyć.
I to Michał WIniarski pierwszy poszedł i pokazał małe show! A zaraz za nim poszli pozostali.
- Ale super. - Westchnęła Kaśka, tuląc swoją pustą tackę do piersi i podpierając się o ścianę. - W końcu jacyś młodzi, a nie same alkusy i staruchy. Tak.. tak jak dawniej.
Oparłam się o ścianę i skrzyżowałam ręce na piersiach. Powiekami próbowałam stłumić łzy, które nagromadziły się w moich oczach. Choć nie pamiętałam wiele, zwłaszcza z dzieciństwa, sceny z baru jakoś szczególnie utkwiły mi w pamięci. Było tak samo; trochę starsze meble, młodzi, ubrani bardziej stosownie na tamte lata, muzyka płynąca z szafy grającej oraz te tańce. Choć z początku skakałam tylko na samym środku , razem z Kaśką, ale to w ogóle tańca nie przypominało, potem wszystkie ruchy nabierały sensu, a ja zaczęłam kontrolować własne ciało. I to właśnie tata zabierał mnie na zajęcia z gimnastyki artystycznej, z tańca... zawsze. Dzięki niemu.
- Dokładnie, jak dawniej. - Przyznałam Kaśce rację.
- W sumie mogłybyśmy takie coś wprowadzić.
To był niegłupi pomysł. Po śmierci taty jakoś tak doszliśmy od tańca i takiej hucznej zabawy. Może czas i pora do tego wrócić?
- Na takie regularne potańcówki ja się piszę! - Jak znikąd znalazł się przy nas Wojtek.
Uśmiechnęłam się i wywróciłam oczami.
- Ty to się skup na siatkówce a nie na tańcach!
- Oj tam, i tak już jestem w grze świetny. - Dumnie wypiął pierś. - A taniec muszę podszlifować.
- To Izka dobrze sobie radzi - powiedziała Kaśka i popchnęła mnie w jego stronę, nim zdążyłam zareagować. Z rąk wyrwała mi tackę, - podszkoli cię!
I nic kompletnie nie zrobiłam, bo siatkarz bez gadania złapał mnie za rękę i wciągnął w tłum bawiących się przerośniętych siatkarzy.
Choć z początku uważałam, by czasem nie odwalić jakiegos super numeru, po którym ktoś mógłby przypuszczać cokolwiek (na przykład , że należę do M.A.D. - wiem, absurdalne, ale jednak), w końcu coś mnie tchnęło i zerwałam z siebie fartuch. Wywijałam z Wojtkiem na parkiecie i zapomniałam o całym świecie. I uwierzcie, wcale źle nie tańczył, więc nie mam zielonego pojęcia, czego miałabym go uczyć.
Gdy rozbrzmiała wolniejsza piosenka, od razu położył mi swoje wielkie dłonie na biodrach i przyciągnął bliżej. Kołysaliśmy się w rytm muzyki.
- Mam nadzieję, że nie chciałaś jeszcze uciekać. - Zaśmiał się.
- Wiesz, jestem w pracy.
- Zadowalasz gości, więc dobrze pracujesz. - Uniósł do góry brwi. Na jego twarzy pojawił się cudowny, szelmowski uśmiech. Taki sam, jaki widziałam po jeździe na motorze.
- Gości? - Rzuciłam wesoło, kładąc mu ręce na ramiona. - Chyba tylko ciebie!
- Nie narzekam. Zwłaszcza, że dzięki tobie ten dzień naprawdę jest wyjątkowy, od samego rana. - Spojrzał mi głęboko w oczy.
Żołądek momentalnie mi się skurczył, a ciało pokryło się gęsią skórką. Cholercia, Iza!
- Tak w ogóle - szybko musiałam zmienić temat - gdzie zgubiłeś Wronę?
Przez moment nic nie mówił. Trochę mina mu zrzedła i widziałam, jak zaciska momentalnie szczękę.
- Chyba się w nim nie zabujałaś? - Rzucił podejrzliwie.
Nie mogłam powstrzymać gwałtownego wybuchu śmiechu.
- Wojtek! Oszalałeś?! - Nie mogłam przestać się śmiać. - Po prostu tam gdzie on jest i Oliwia, zastanawiałam się, czy tu wpadnie. A zapewne popsułaby atmosferę.
- Hm... - namyślał się chwilę - coś tam mówił, że idą do jakiejś restauracji świętować ileś tam dni razem.
Och, mniamuśnie. Ale dobrze, przynajmniej mam ruda małpę z głowy, jupi!
- Genialnie. - Wyszczerzyłam się. - Czyli jednak ten wieczór będzie udany, caaaalutki. - Przeciągnęłam słowo jak dziecko.
- Wiesz, mógłby być jeszcze mil... - Zaczął, ale Kłos nie dał mu skończyć.
- Odbijany! - Krzyknął i wyrwał mnie z objęć Wojtka. Na moje miejsce wskoczyła Ola. I wtedy w lokalu rozbrzmiała szybka, energiczna piosenka. I Karol... jej, Karol to wymiatał. Wymęczył mnie niesamowicie! Dlatego po piosence po prostu wróciłam do roboty, trochę odetchnąć i zwalniając Kaśkę z dyżuru - sama poszła się bawić.
Sprzątałam właśnie z jednego ze stolików, kiedy zza pleców dobiegł mnie krzyk.
- O ja nie mogę, a tu co się dzieje?!
Gwałtownie się odwróciłam. No tak, Kuba i Majka mówili, że wpadną. A że dodatkowo przytachali jeszcze Bartka i Korę było niczym wisienka na torcie. WIecie, oni mieli taniec we krwi, więc tylko się ze mną przywitali i poszli w densy!
- No jak widać, potańcówka. - Uśmiechnęłam się. Odłożyłam na stolik na chwilę brudne talerze, a sama oparłam się o blat. - Siatkarze wpadli i ... cóż, tak wyszło.
- No, trzeba przyznać, że skrzaty się potrafią bawić. - Przyznała Majka, krzyżując ręce na piersiach i spoglądając na bawiących się klientów baru. - A myślałam, że to sztywniaki są.
- Idź powywijaj z Kłosem, to już w życiu tak nie pomyślisz. - Prychnęłam rozbawiona. Wciąż czułam się zmęczona po jednym tańcu z nim! Ola to ma byka siły, dosłownie, bo non stop z nim wywija na parkiecie.
- Kurde - oparł się o blat , obok mnie, Siwy - jak za...
- ... dawnych czasów. - Dokończyłam za niego, ze słabym uśmiechem na twarzy. - Prawie. Brakuje tylko jego. - Uroniłam jedną łezkę, którą od razu starłam wierzchem dłoni. Byłam silna, ale wciąż pozwalałam sobie na takie chwile słabości. - Ale... ale tak to wszyscy to zauważyli. Chcemy wprowadzić takie regularne potańcówki, żeby ten bar znowu odżył.
Kuba zmarszczył czoło.
- Myślisz, że ruda macocha przymknie na to oko?
- Nie wiem. - Wzruszyłam ramionami. - Ale może czas zacząć wracać do tego, co zawsze było dobre.
Nic nie odpowiedział, tylko objął mnie ramieniem. Obydwoje zatopiliśmy spojrzenia w bawiących się ludziach. Wszyscy się śmiali. Dlaczego ktokolwiek miałby tego zabronić? DLaczego ktoś miałby mi to odebrać? Odebrać taniec, odebrać radość, zniszczyć ten obraz?...
Był ktoś taki, była ona. Macocha. Która mogła to zrobić. Ale tego wieczoru zacisnęłam pięści i nawet nie dopuszczałam do siebie takiej myśli.
Zabawa trwała w najlepsze, aż do zamknięcia. Nawet pan Stasiu z babcią Kaśki poszli zatańczyć jeden kawałek, jak za starych, dobrych czasów. Nie mogłam się napatrzeć na ten obrazek.
Wojtek czekał, aż zamknę bar, bo dzisiaj był mój dyżur. Miło z jego strony, przecież nie musiał. Motocykl pozostawiłam przed barem, a razem z siatkarzem - spacerkiem poszliśmy w stronę mojego domu.
- Co to był za dzień. - Odezwał się Włodarczyk, z zatopionym spojrzeniem w nocnym niebie.
Przemierzaliśmy właśnie przez park. Choć gałęzie drzew przysłaniały niebo, można było wyłapać czarne kawałki rozświetlone przez gwiazdy. O tak, tej nocy niebo było naprawdę piękne. Westchnęłam głęboko i sama spojrzałam w górę.
- No, długi i męczący. - Zakpiłam na żarty.
- Cóż, taki też był. Ale poza pracą, był również niesamowicie przyjemny. - Spuścił wzrok na dół, na mnie. Na jego twarzy pojawił się lekki, spokojny uśmiech, ale oczy wskazywały na zmęczenie. CO się dziwić, jak po treningu jeszcze poszedł na tańce? Taniec i siatka dają w kość. - A tak w ogóle - mówił dalej - to świetnie tańczysz.
Speszył mnie ten komplement, bo nie wiedziałam, do czego zmierzał.
- Ach, no wiesz - starałam się z tego wybrnąć - dawno temu takie potańcówki u nas w barze były, to się tańczyło. Ale nie robiłam tego i tak kupę czasu. - Skłamałam. Nie mogłam mu przyznać, że tańczyłam przed nim na ulicy!
- Ale widać, że to lubisz.
- A kto nie lubi! - Zaśmiałam się.
- Wiesz, lubić można, ale nie każdemu to wychodzi. Tak samo w siatkówce. Możesz mieć predyspozycje, ale jak nie masz tu - napiął swój jakże muskularny biceps - i tu - postukał palcem w skroń - to marny z ciebie siatkarzyna.
ZMarszczyłam brwi. Really, Włodarczyk?
Siatkarz zaczął się śmiać. - Dobra, niekoniecznie tylko to się liczy. Pasja też. I w sumie to głównie. Jak masz wystarczająco wiele siły do walki, do podnoszenia się po upadkach, do brnięcia do celu.. jak masz wystarczająco dużo motywacji... cóż, jak ktoś taki jest, to może być tak zajebistym siatkarzem jak ja. - Skwitował na koniec, a ja znowu zaczęłam się śmiać.
- Skromny jesteś, Włodarczyk.
- A co, źle mówię? Źle? - Fochnął się, przystanął i skrzyżował ręce na piersiach. Mimo to ja szłam dalej, więc po chwili znowu zrównał ze mną krok. - Ale dobra, tak na poważnie, mogłabyś się zakręcić... na przykład w tym całym M.A.D.
Nagle poczułam mdłości. Tak to jest, jak się kłamie. A kłamstwo ma krótkie nogi, musiałam uważać i mieć się na baczności.
- Skąd ci przyszło do głowy, że chciałabym należeć do jakiejś grupy tanecznej. - Niby się śmiałam, ale też się podenerwowałam całą tą rozmową.
Wsadził ręce do kieszeni i spojrzał pod nogi. kopnął jakiś kamień. - Widywalibyśmy się częściej. Ta grupa ma zajęcia u nas na hali.
DObra, Włodarczyk. Chcesz, żebym się tam dostała, bo serio byśmy się widywali częściej, czy być przynajmniej miał łatwiejszy dostęp do zamaskowanej brunetki?
Nie odważyłam się jednak o to zapytać.
- Wiesz, że nie mam czasu na takie głupoty.
Wojtek już nic nie odpowiedział, chyba darował sobie ten temat. Ale to lepiej, dla mnie i dla niego.
Zaszliśmy pod mój dom. Odwróciłam się w stronę siatkarza, stając z nim twarzą w twarz.
- Dzięki za podprowadzenie. - Uśmiechnęłam się lekko.
Gdy przybliżył twarz w moją stronę, zatkało mnie. Na tyle, że nie mogłam zrobic minimalnego ruchu. I gdy mnie lekko musnął wargami, z przymrużonymi oczami, nie wiedziałam co zrobić. DOpiero po chwili dotarło do mnie, co się stało. Odwzajemniłam pocałunek. Nie był dziki; był spokojny, głęboki i namiętny. Czułam miętowy smak ust siatkarza, czułam dotyk jego dużych dłoni na plecach, pod koszulką. Przyciągnął mnie mocno do siebie i jeszcze bardziej zgłębił pocałunek, pakując mi język w usta.
- Tak bardzo mi się podobasz... - Wyszeptał, gdy jego usta znalazły się na wysokości mojego ucha. A zaraz potem składał na mojej szyi krótkie, słodkie pocałunki...
- Iza? Iza! - Powtarzał moje imię.
CHolera.
Gwałtownie pokręciłam głową. ZNowu ta twoja chora wyobraźnia płata ci figle, Iza. Za bardzo.. a bardzo chyba...
Nie, nic nie za bardzo, nic się nie działo. Potrzebowałam snu.
- Przepraszam, zmęczona jestem. - Westchnęłam. Skręcaliśmy właśnie w uliczkę, gdzie znajdował sie mój dom. Doszliśmy do niego w ciszy. Stanęłam na przeciwko siatkarza, ale nie potrafiłąm spojrzeć mu w twarz. I wtedy poczułam jego rękę na swoim ramieniu.
- Za dużo pracujesz, spasuj trochę. - W jego głowie doszukałam się odrobiny przyjacielskiej troski. - Każdemu należy się wypoczynek.
Jakby to było takie proste. Jakby macocha mi pozwalała.
- No, postaram się.
- Nie " postaram się" tylko na pewno. Jakby ta ruda małpa ci nie pozwalała, to wiesz, u mnie możesz się zaszyć na kilka dni i odpocząć.
Wtedy to już w ogóle bym się pożegnała z domem. Nie ciągnęłam jednak tego tematu.
- Nie będziesz miał problemu, żeby dotrzeć do domu? - Upewniałam się. Przecież z imprezy Oliwii nie miał jak wrócić.
- A co, chciałabyś, żebym znowu przenocował? - Na ten tekst dostał ode mnie kuksańca w ramię. - No co, nie chrapałem chyba nie?
- Nie, ale ja mam małe łóżko,a ty jesteś wielki.
- Zaraz "wielki" - naburmuszył się - po prostu... wyrośnięty. I to ty masz łóżko za małe, musisz kupić większe.
- Ciekawe po co, jak pierwszy i ostatni raz u mnie spałeś. - Pokazałam mu język. - A dla mnie jest wystarczające.
Uniósł jedną brew i znowu się uśmiechnął, tak tajemniczo, i znowu go nie mogłam rozszyfrować.
- WIęc jak z tym powrotem? - Ponowiłam pytanie.
- Nie martw się, idę do Kłosa spać, a mieszka niedaleko.
Ja przecież się nie martwiłam!
Uf, musiałam jak najszybciej się stamtąd ewakuować.
- NO to super. - Rzuciłam pospiesznie. - W takim razie, dobranoc.
- Dobranoc, dobranoc.
Na odchodne jeszcze się uśmiechnął. Wsadził ręce do kieszeni i poszedł wzdłuż ulicy. A ja stałam przed domem i patrzyłam na jego oddalającą się sylwetkę, aż nie zniknął za rogiem.
Z kuchni wzięłam jeszcze jedną paczkę Kinderek i doczołgałam się do pokoju. Dopiero teraz odczuwałam skutki całego dnia, zmęczenie ogarnęło całe moje ciało. Nim jednak się położyłam, odpaliłam laptopa i zalogowałam się na dawno nieodwiedzanym Facebook`u.
Nasza stronka M.A.D. miała już kilka tysięcy polubień. Udostępnił ją nawet Karol Kłos i Andrzej Wrona na swoich fanpage`ach, nieźle. Ale nie podziękuję kiedyś Wronie, co to, to nie! W każdym razie, na naszej stronce było już masę wiadomości, w tym pytania o mnie. Przejrzałam wszystkie strony w skrzynce odbiorczej i gdy doszłam do ostatniej, trzepnęłam się w głowę. Izka, co ty robisz! Włodarczyk nie był przecież na tyle głupi, by wysyłać do mnie wiadomości przez fanpage`a!
Natomiast ja byłam na tyle głupia, by się w nim powoli zakochiwać.
~* * *~
Hej hej, cześć i czołem :)
Dzisiejszy rozdział należy do roztańczonych Skrzatów z Bełchatowa! :D|
Podoba się?
ps. nie poprawiałam, sorcia za błędy ;x



Świetny rozdział! :)
OdpowiedzUsuńŚwietny! ;)
OdpowiedzUsuńRozdział świetny jak zawsze :*
OdpowiedzUsuńHmm... Mam nadzieję, że Izka wyjawi wreszcie prawdę Wojtkowi, a macocha z rudą dadzą jej spokój. No i oczywiście jeden pan się opamięta (wiesz o kim mówię) xd
Pozdrawiam, czekam na następny i zapraszam do siebie :)