Włodarczyk przychodził codziennie rano o dziesiątej na śniadanie i kawę, po czym jechał na trening. Dzień w dzień tak robił. Dlatego gdy piątkowego ranka nie przyszedł, zaczęłam się zastanawiać, co się stało.
- Pewnie ma trening przesunięty. - Pocieszyła mnie Kaśka.
- Ale o czym ty mówisz? - Udawałam, że wcale na niego nie czekałam, krążąc jak obłąkana między stolikami.
Minuty jednak mijały, on nie przychodził. Obiecałam sobie, że wszystko wróci do normalnego porządku. Wiecie, sam fakt, że o nim myślałam podczas pracy - był zły. Nie powinnam była aż tak się do niego zbliżyć, choć dla niego zapewne to nic nie znaczyło.
Jakie zatem było moje zdziwienie, gdy wpadł tam nieźle spocony, chyba zaraz po treningu, i rozglądał się w koło, najwyraźniej szukając właśnie mnie.
Udawałam, że go nie widzę, wycierając szmatką jeden ze stolików.
- Hej Kasia. - Odezwał się do mojej przyjaciółki. - Jest Iza? - Zapytał jej.
Udawałam, że go nie widzę, wycierając szmatką jeden ze stolików.
- Hej Kasia. - Odezwał się do mojej przyjaciółki. - Jest Iza? - Zapytał jej.
Musiała mu pokazać palcem, bo znalazł się po chwili tuż przy mnie.
- Cześć. - Uśmiechnął się szeroko.
- No cześć. - Udawałam, że wszystko jest ok. No bo było, przecież ja niczego od niego nie chciałam.
- Słuchaj, bo mam sprawę.
- Domyślam się, - powiedziałam, nie przerywając sprzątania - skoro pojawiłeś się tu od razu po treningu.
- Cześć. - Uśmiechnął się szeroko.
- No cześć. - Udawałam, że wszystko jest ok. No bo było, przecież ja niczego od niego nie chciałam.
- Słuchaj, bo mam sprawę.
- Domyślam się, - powiedziałam, nie przerywając sprzątania - skoro pojawiłeś się tu od razu po treningu.
Wyrwał mi szmatkę z rąk i odwrócił mnie, bym na niego spojrzała.
- No właśnie, nie chcę wam zaśmierdzieć baru, więc mnie wysłuchaj . - Zaśmiał się, aczkolwiek mogłam się doszukać gdzieś tam lekkiego zdenerwowania. - Potrzebuję partnerki na galę. - Wyciągnął z torby dwa zaproszenia.
- No właśnie, nie chcę wam zaśmierdzieć baru, więc mnie wysłuchaj . - Zaśmiał się, aczkolwiek mogłam się doszukać gdzieś tam lekkiego zdenerwowania. - Potrzebuję partnerki na galę. - Wyciągnął z torby dwa zaproszenia.
Nie uwierzycie w jakim byłam szoku. Chociaż po chwili do mnie dotarło, że przecież to nie było zaproszenie mnie… czy było? No bo czy Wojtek Włodarczyk naprawdę nie miał kogo zabrać na taką galę?
- Koleżanka Oliwii nie może? - Zdziwiłam się. Choć tu przychodził co rano, przecież mógł się z nią dalej spotykać.
- No własnie niekoniecznie chcę z nią iść, już mnie nawet Wrona przez to zjadł, bo Oliwia zaczęła na niego wrzeszczeć , że jego przyjaciel zranił serce jej przyjaciółki….
- Koleżanka Oliwii nie może? - Zdziwiłam się. Choć tu przychodził co rano, przecież mógł się z nią dalej spotykać.
- No własnie niekoniecznie chcę z nią iść, już mnie nawet Wrona przez to zjadł, bo Oliwia zaczęła na niego wrzeszczeć , że jego przyjaciel zranił serce jej przyjaciółki….
Nic a nic z tego nie rozumiałam, więc mu przerwałam.
- Dobra, Wojtek. Po prostu powiedz, że nie masz z kim iść.- Westchnęłam.
- Dobra, Wojtek. Po prostu powiedz, że nie masz z kim iść.- Westchnęłam.
Spojrzał na mnie unosząc wysoko brwi. - NO w sumie, tak, nie mam z kim pójść. - przyznał.- Ale cię lubię, więc w sumie byłoby perfekcyjnie, gdybyś ze mną poszła, bo…
Aż mi serce do gardła podeszło. Wdech wydech, mała. Nie mogłaś do tego dopuścić, nie mogłaś się z nim bratać. Nie mogłaś, bo w przeciwnym razie, twój sekret mógłby wyjść na jaw.
- Chętnie bym poszła z tobą jako koleżanka, - powiedziałam twardo - ale niestety całą sobotę pracuję.
- Chętnie bym poszła z tobą jako koleżanka, - powiedziałam twardo - ale niestety całą sobotę pracuję.
Przez dłuższą chwile nic nie mówił, tylko wpatrywał się we mnie z szeroko otwartymi oczami.
- Co?... - Wykrztusił z siebie. Czyżby myślał, że z nim pójdę? Tak na sto procent?
- Przykro mi, Wojtek. Ale jak chcesz, to Kasia mogłaby pójść, ma poranną zmianę. .
- Skoro… skoro nie możesz...
- Co?... - Wykrztusił z siebie. Czyżby myślał, że z nim pójdę? Tak na sto procent?
- Przykro mi, Wojtek. Ale jak chcesz, to Kasia mogłaby pójść, ma poranną zmianę. .
- Skoro… skoro nie możesz...
Niepewnie spojrzał na moją koleżankę, którą przywołałam gestem. - Sprawa jest, Wojtek szuka partnerki na galę.
- Ale wtedy ty…- Zaczęła niepewnie, ale ją zgromiłam spojrzeniem. - NO w sumie, w sobotę nic nie robię… - Rzuciła.
Choć siatkarz się uśmiechnął i jej podziękował, nie wyglądał na super-hiper-mega zadowolonego z takiego obrotu sprawy. Ale nie mogłam się inaczej zachować. Nie mogłam podjąć innej decyzji. Nie mogłam odpuścić pokazu, zostawić zespołu. Nie teraz, nie... nigdy.
Nie mogłam być przy tym obecna, więc poszłam sprzątać kolejny stolik. Gdy umawiali się na godzinę, o której po nią przyjedzie Wojtek, ściskało mnie serce. Dlaczego? Kurde, dobra, chciałam z nim iść! Pasuje? A jedyne, co mi pozostanie, to wymienić z nim spojrzenia. Bo przeciez nie ma zielonego pojęcia, że zamaskowana dziewczyna, którą tam spotka, to jestem ja. Plusem (albo i minusem - zależy jak kto na to patrzył) jest fakt, że najwyraźniej Mała mu się spodobała. Ale cóż z tego, skoro to nie ja, blondynka? I cóż z tego, skoro te spotkania kończą się po kilkunastu minutach, tuż po naszym występie...
- Iza, ja już lecę. - Wyrwał mnie z przemyśleń siatkarz. - Raczej przed galą się już nie spotkamy, ale chociaż oglądaj w telewizji. Puszczę ci oczko! - Obiecywał, niczym małe dziecko.
- Na pewno obejrzę. - Uśmiechnęłam się słabo. A gdy wyszedł, ja powróciłam do swoich wcześniejszych czynności.
Po mojej zmianie nie wróciłam od razu do domu. Skręciłam pod niewielki dom dwa podjazdy wcześniej. Klasyczny, piętrowy, ze starą be-em-ką zaparkowaną tuż przed wjazdem do garażu. Obok niego odstawiłam swój motocykl. Ściągnęłam kask i rozejrzałam się po ogródku.
- Dzień dobry, Izuniu! - Przywitała się ze mną mama Kuby. Kucała w swoim niewielkim ogródku i wyrywała chwasty.
- Dzień dobry, pani Michalska. - Podeszłam w jej stronę. Ścierała właśnie pot z czoła. - Och, mówiłam, że pani pomogę w ogródku.
Pomagałam jej, gdy tylko miałam chwilę. Wiadomo, choć Siwy dbał o swoją matkę i jej zawsze pomagał, do ogródka go nie wpuszczała. Tam potrzebna była kobieca ręka. Poza tym... miałam sentyment to takich rzeczy, i kobieta doskonale o tym wiedziała. Zawsze to robiłam z własną mamą. Przed domem. Wtedy jeszcze zamiast ogromnego basenu mieliśmy dosyć sporej wielkości klombik, z kwiatami we wszystkich kolorach tęczy. Zdjęcie z naszego ostatniego razu w ogródku widniało na mojej szafce nocnej. Miałam wtedy z sześć lat. Zrobił nam je tata, zupełnie z zaskoczenia. I może dlatego widać było szczere szczęście?
Tydzień później mama umarła. Teraz już wiedziałam, że miała groźnego, nieoperacyjnego guza mózgu. I rozumiałam, dlaczego zrezygnowała z pracy, a każdą wolną chwilę poświęcała właśnie mnie. Nie wiem, czy potrafiłabym być taka, jak ona. Uśmiechnięta. Zadowolona z życia, aż do końca. Czy potrafiłabym patrzeć na dziecko, mając bombę zegarową w głowie? Wiedząc, że lada dzień mogę je zostawić?
Ona była silna. Ja nie byłam. Ale w pewnym sensie musiałam chociaż udawać, gdy w wieku czternastu lat straciłam również tatę.
Potrząsnęłam głową i wyrwałam się ze wspomnień.
- Tak, Kuba mi mówi, jaka jesteś zapracowana. Jeszcze ja mam cię wykorzystywać? - Wstała i mlasnęła zniesmaczona. Wytarła ręce w jeansowe, brudne ogrodniczki. - Idealnie trafiłaś, bo upiekłam szarlotkę.
I tu mnie miała! Szarlotka pani Michalskiej była naprawdę WYJĄTKOWA. Przełamałaby nawet osobę, która stroni od słodkiego!
Weszłyśmy do kuchni, gdzie zastałyśmy siedzącego przy stole Jakuba, z ogromnymi słuchawkami na uszach. Klepał coś bezustannie na laptopie i kompletnie nie zdawał sobie sprawy z naszego przyjścia. Jego mama spojrzała na mnie wyraźnie rozbawiona.
- Kubuś. - Powiedziałam, jednak bez żadnej reakcji. - Izabela do Jakuba! - Podniosłam nieco głos, śmiejąc się. I wtedy nas zauważył.
- No nie, długo tu jesteście?
- Wystarczająco długo - odpowiedziała jego mama - żeby zobaczyć twoje grymasy na twarzy, jak składasz piosenkę.
- Ha, ha, ha. - Skwitował, a my zaczęłyśmy się śmiać.
Usiadłam przy stole, a dredziarz zamknął lapka i odłożył go razem ze słuchawkami na ladę. W tym czasie pani Karolina postawiła przed nami talerz z tym przepysznym ciastem.
- Napijesz się kawki? - Zapytała.
Skinęłam głową. - Bardzo chętnie.
- To co - zwrócił się do mnie Siwy - jak tam humorek przed jutrem?
- A no, jest jak jest. Standardowo, trochę stresu. - Niby obojętnie wzruszyłam ramionami. Tak naprawdę bardzo sie martwiłam. I trochę smuciłam.
- A twoja przyrodnia siostra też będzie, słyszałam? - Wtrąciła pani domu.
Gwoli wyjaśnienia, ona o wszystkim wiedziała. O całym M.A.D. Komu jak komu, ale była chyba jedynym dorosłym, któemu ufałam. No, nie licząc pana Stanisława i pani Basi, wiadomo, ale ich nie chciałam mieszać w taneczne sprawy.
- No, niestety chodzi z jednym z tych siatkarzyków. - Burknęłam.
Złapałam kawałek ciasta i ugryzłam potężny kęs. Pyszota.
- Ona jest głupia i ślepa, nie pozna cię. - Skwitował ją Siwy. Cała prawda i tylko prawda, nawet jego mama nie zaprzeczyła. Wszyscy wiedzieliśmy, jaka ona... nie, jakie one obydwie były. Tylko niestety to ja musiałam się z nimi użerać.
Nie mogłam być przy tym obecna, więc poszłam sprzątać kolejny stolik. Gdy umawiali się na godzinę, o której po nią przyjedzie Wojtek, ściskało mnie serce. Dlaczego? Kurde, dobra, chciałam z nim iść! Pasuje? A jedyne, co mi pozostanie, to wymienić z nim spojrzenia. Bo przeciez nie ma zielonego pojęcia, że zamaskowana dziewczyna, którą tam spotka, to jestem ja. Plusem (albo i minusem - zależy jak kto na to patrzył) jest fakt, że najwyraźniej Mała mu się spodobała. Ale cóż z tego, skoro to nie ja, blondynka? I cóż z tego, skoro te spotkania kończą się po kilkunastu minutach, tuż po naszym występie...
- Iza, ja już lecę. - Wyrwał mnie z przemyśleń siatkarz. - Raczej przed galą się już nie spotkamy, ale chociaż oglądaj w telewizji. Puszczę ci oczko! - Obiecywał, niczym małe dziecko.
- Na pewno obejrzę. - Uśmiechnęłam się słabo. A gdy wyszedł, ja powróciłam do swoich wcześniejszych czynności.
Po mojej zmianie nie wróciłam od razu do domu. Skręciłam pod niewielki dom dwa podjazdy wcześniej. Klasyczny, piętrowy, ze starą be-em-ką zaparkowaną tuż przed wjazdem do garażu. Obok niego odstawiłam swój motocykl. Ściągnęłam kask i rozejrzałam się po ogródku.
- Dzień dobry, Izuniu! - Przywitała się ze mną mama Kuby. Kucała w swoim niewielkim ogródku i wyrywała chwasty.
- Dzień dobry, pani Michalska. - Podeszłam w jej stronę. Ścierała właśnie pot z czoła. - Och, mówiłam, że pani pomogę w ogródku.
Pomagałam jej, gdy tylko miałam chwilę. Wiadomo, choć Siwy dbał o swoją matkę i jej zawsze pomagał, do ogródka go nie wpuszczała. Tam potrzebna była kobieca ręka. Poza tym... miałam sentyment to takich rzeczy, i kobieta doskonale o tym wiedziała. Zawsze to robiłam z własną mamą. Przed domem. Wtedy jeszcze zamiast ogromnego basenu mieliśmy dosyć sporej wielkości klombik, z kwiatami we wszystkich kolorach tęczy. Zdjęcie z naszego ostatniego razu w ogródku widniało na mojej szafce nocnej. Miałam wtedy z sześć lat. Zrobił nam je tata, zupełnie z zaskoczenia. I może dlatego widać było szczere szczęście? Tydzień później mama umarła. Teraz już wiedziałam, że miała groźnego, nieoperacyjnego guza mózgu. I rozumiałam, dlaczego zrezygnowała z pracy, a każdą wolną chwilę poświęcała właśnie mnie. Nie wiem, czy potrafiłabym być taka, jak ona. Uśmiechnięta. Zadowolona z życia, aż do końca. Czy potrafiłabym patrzeć na dziecko, mając bombę zegarową w głowie? Wiedząc, że lada dzień mogę je zostawić?
Ona była silna. Ja nie byłam. Ale w pewnym sensie musiałam chociaż udawać, gdy w wieku czternastu lat straciłam również tatę.
Potrząsnęłam głową i wyrwałam się ze wspomnień.
- Tak, Kuba mi mówi, jaka jesteś zapracowana. Jeszcze ja mam cię wykorzystywać? - Wstała i mlasnęła zniesmaczona. Wytarła ręce w jeansowe, brudne ogrodniczki. - Idealnie trafiłaś, bo upiekłam szarlotkę.
I tu mnie miała! Szarlotka pani Michalskiej była naprawdę WYJĄTKOWA. Przełamałaby nawet osobę, która stroni od słodkiego!
Weszłyśmy do kuchni, gdzie zastałyśmy siedzącego przy stole Jakuba, z ogromnymi słuchawkami na uszach. Klepał coś bezustannie na laptopie i kompletnie nie zdawał sobie sprawy z naszego przyjścia. Jego mama spojrzała na mnie wyraźnie rozbawiona.
- Kubuś. - Powiedziałam, jednak bez żadnej reakcji. - Izabela do Jakuba! - Podniosłam nieco głos, śmiejąc się. I wtedy nas zauważył.
- No nie, długo tu jesteście?
- Wystarczająco długo - odpowiedziała jego mama - żeby zobaczyć twoje grymasy na twarzy, jak składasz piosenkę.
- Ha, ha, ha. - Skwitował, a my zaczęłyśmy się śmiać.
Usiadłam przy stole, a dredziarz zamknął lapka i odłożył go razem ze słuchawkami na ladę. W tym czasie pani Karolina postawiła przed nami talerz z tym przepysznym ciastem.
- Napijesz się kawki? - Zapytała. Skinęłam głową. - Bardzo chętnie.
- To co - zwrócił się do mnie Siwy - jak tam humorek przed jutrem?
- A no, jest jak jest. Standardowo, trochę stresu. - Niby obojętnie wzruszyłam ramionami. Tak naprawdę bardzo sie martwiłam. I trochę smuciłam.
- A twoja przyrodnia siostra też będzie, słyszałam? - Wtrąciła pani domu.
Gwoli wyjaśnienia, ona o wszystkim wiedziała. O całym M.A.D. Komu jak komu, ale była chyba jedynym dorosłym, któemu ufałam. No, nie licząc pana Stanisława i pani Basi, wiadomo, ale ich nie chciałam mieszać w taneczne sprawy.
- No, niestety chodzi z jednym z tych siatkarzyków. - Burknęłam.
Złapałam kawałek ciasta i ugryzłam potężny kęs. Pyszota.
- Ona jest głupia i ślepa, nie pozna cię. - Skwitował ją Siwy. Cała prawda i tylko prawda, nawet jego mama nie zaprzeczyła. Wszyscy wiedzieliśmy, jaka ona... nie, jakie one obydwie były. Tylko niestety to ja musiałam się z nimi użerać.
W końcu nadeszła długo wyczekiwana sobota. Czułam się niczym Kopciuszek szykujący się na bal, z Majką jako dobrą wróżką; przyszła i używając najprawdopodobniej magii, zamieniła mnie naprawdę w księżniczkę. Potem odwiozła mnie na miejsce.
- Wiesz, nie stresuj się.
Głośno przełknęłam ślinę. Tak bardzo bałam się kompromitacji. No bo wiadomo, mogę się poślizgnąć, cokolwiek. A gdy strach przed tym przeszedł, pojawił się nowy - że Ruda mnie rozpozna, albo Włodarczyk... Jej, jego oczy znowu zawirowały mi w głowie. - Nie stresuję się. - Skłamałam, wysilając się na lekki uśmiech.
Długo siedziałyśmy w samochodzie. Majka chciała mi poprawić humor i trochę odstresować, więc na tę okazję wzięła setkę. Wódka szybko się skończyła, tak samo jak i szybko przeszły wszystkie negatywne emocje, które się wewnątrz mnie skumulowały.
- Puk puk. - W szybę zapukała Kora. - Zbieram cię już, piękna. - Wyciągnęła mnie z samochodu i skierowałyśmy się do budynku.
- Wiesz, nie stresuj się.
Głośno przełknęłam ślinę. Tak bardzo bałam się kompromitacji. No bo wiadomo, mogę się poślizgnąć, cokolwiek. A gdy strach przed tym przeszedł, pojawił się nowy - że Ruda mnie rozpozna, albo Włodarczyk... Jej, jego oczy znowu zawirowały mi w głowie. - Nie stresuję się. - Skłamałam, wysilając się na lekki uśmiech.
Długo siedziałyśmy w samochodzie. Majka chciała mi poprawić humor i trochę odstresować, więc na tę okazję wzięła setkę. Wódka szybko się skończyła, tak samo jak i szybko przeszły wszystkie negatywne emocje, które się wewnątrz mnie skumulowały.
- Puk puk. - W szybę zapukała Kora. - Zbieram cię już, piękna. - Wyciągnęła mnie z samochodu i skierowałyśmy się do budynku.
Najpierw odbyła się prezentacja zawodników. Trzeba było przyznać, że zrobili to z dużą pompą, bo organizatorzy zadbali nawet o najmniejszy szczegół. Razem z Korą i Bartkiem, którzy zechcieli też być od samego początku tego widowiska, staliśmy z tyłu ciemnej sali. Nie było szans, by ktokolwiek nas zobaczył. A choć byłam już w peruce, musiałam uważać, bo Oliwia już się tu błąkała.
Po licznych przemowach m.in. prezesa i trenera , wszyscy zaproszeni również na poczęstunek skierowali się do ogromnej sali zapełnionej stołami. Wtedy już cała moja ekipa była obecna, jednak wszyscy byli rozproszeni po sali. Siatkarze z partnerkami weszli jako pierwsi, także nie musiałam się zbytnio obawiać, że Włodarczyk czy Oliwia mnie zobaczą. Członkowie M.A.D wchodzili sparowani, ale partiami. Nikt zbytnio nie zwrócił uwagi na sześć niezidentyfikowanych par. Czasem jak patrzyłam na prezesa, to wyglądał również jakoś tak… na zaniepokojonego. Obstawiał, że pojawimy się chyba podczas prezentacji, a nie podczas posiłku.
Cóż, panie prezesie. Surprise!
Wzięłam Bartka pod ramię i usiedliśmy przy jednym ze stolików. Poczekaliśmy, aż wszyscy zajmą swoje miejsca. Spojrzałam najpierw niepewnie na Siwego, który - przebrany za kelnera - już miał kamerę na tacy, obok jakiś rogalików. Potem moje spojrzenie zawędrowało na Bartka, mojego tanecznego partnera w tym układzie. Uniósł lekko kącik ust do góry. Doskonale wiedziałam, co pomyślał: To będzie show, Mała, jak zwykle! Westchnęłam cicho i nałożyłam maskę zakrywającą całą twarz, pozostali uczynili to samo. I nim kelnerzy weszli z daniami, rozległa się muzyka.
Bicie serca pokrywało się z stukotem moich obcasów na szklanym stole. Potem jednak... wszystko się przestało liczyć. Oddałam się tylko i wyłącznie muzyce. (taki układ, *obejrz*)
Wszyscy nas nagrywali, wszystkim się podobało. Większość z osób tam zgromadzonych, reporterów czy samych siatkarzy, kojarzyli nas z pierwszego występu. Niektórzy, jak reporterzy z jakiś sportowych i niesportowych kanałów telewizyjnych, od razu kamery skierowali na nas.
Siwy oczywiście i tak to nagrywał. Nie byłby sobą, gdyby nie wrzucił tego na youtubea.
Widzialam, jak niektórzy siatkarze podeszli bliżej. Między innymi Włodarczyk z świadomą wszystkiego Kasią, jak i Ola z Karolem Kłosem i kilku siatkarzy, których znałam z potańcówki w barze. No i prezesa, który widziałam, że uśmiechnął się, również zaskoczony naszym wejsciem. Ale im bliżej było końca występu, tym bardziej - tańcząc - zatopiona byłam w Jego spojrzeniu.
Po skończonym występie, wszyscy nam bili gromkie brawa. Prezes od razu do mnie podszedł
- To było niesamowite! - Klaskał jeszcze w dłonie.- Myślałem, że w ogóle nie przyjdziecie… - Zaśmiał się. - Proszę, zostańcie. Zjecie, a potem rozruszacie trochę towarzystwo.
Spojrzałam po przyjaciołach. Decyzja nie należała tylko do mnie, choć ja osobiście musiałam jak najszybciej wrócić do pracy. Koło dziesiątej musiałam się tam zjawić, bo wiedźma przychodziła zazwyczaj koło tej godziny.
Inni jednak pokiwali głowami. - Dobrze - zwróciłam się do prezesa - zostaniemy.
Wszyscy powrócili na swoje miejsca, my również. Porozkładaliśmy z powrotem talerze i zjedliśmy gorące dania zaserwowane przez kelnerów.
Nie mogłam jednak nic przełknąć. Ciągle spoglądał na mnie Włodarczyk, a niestety miałam miejsce po skosie od niego. Jego spojrzenie było... cóż. Takie, przez które miałam dreszcze na całym ciele. Stawałam się co raz bardziej rozpalona i docierało do mnie, że to nie tylko za sprawą wymagającego tańca.
- W sumie to nie sądziłam, że tego wieczora się jeszcze dobrze najemy. - Powiedział Brodaty, praktycznie już kończąc swoje danie.
- Ty, bo zaraz na parkiecie nie będziesz mógł się ruszyc! - Zaśmiała sie Lola. - Nie zapominaj, że to nasza robota.
- Jedzenie? - Zaśmiał się Misiek.
- Nie! Tańczenie. Ale jeśli o to chodzi, to praca w takich warunkach mi w pełni odpowiada.
- NO, pełna kulturka, szacun, yoł. - Skwitował po rapersku Brodaty.
- Dobra, - zerknęłam na swoje ledwo zaczęte danie - zaraz wracam, idę do toalety. A potem bierzemy ich w tango, bo się zaczynają nudzić co poniektórzy.
Zapytałam jednego z kelnerów, gdzie jest toaleta, a potem - nim wyszłam z sali - ostatni raz rzuciłam spojrzenie w kierunku Wojtka.
Nie dotarłam nawet do łazienki, jak ktoś złapał mnie za nadgarstek. Nie musiałam się odwracać, by wiedzieć, że to on. Tylko jego dotyk sprawiał, że przechodziły mnie dreszcze. Tylko jego zapach - gdy jego twarz znalazła się na wysokości mojej szyi - przyjemnie drażnił mi nozdrza. Tylko on sprawiał, że cała drżałam, gdy tylko był nieopodal.
- Bądź moja. - Szepnął mi do ucha.
- Ja nie istnieję, Wojtku. - Lekko odwróciłam głowę w jego stronę.
- Istniejesz, w mojej głowie. Non stop, bez przerwy… I jeśli na tym polega twoje istnienie, to ja z tego snu mogę się nigdy nie budzić…
Lekko odwróciłam się w jego stronę. Już czułam jego oddech na swoich ustach, był tak blisko…
- Przepraszam, pani z M.A.D.?
Odskoczyłam jak oparzona od siatkarza. Zobaczyłam nad jego ramieniem, że zbliża się do nas jedna z dziennikarek.
Nie mogłam z jego miny nic wywnioskować. Puścił mnie i wsadzając ręce do kieszeni, poszedł w drugą stronę.
Może to znak, że źle robiłam?
- Tak? - Zapytałam.
- Można słówko do telewizji?
I w ten sposób udzieliłam pierwszego w swoim życiu wywiadu. Nie trwał zbyt długo, jakieś dziesięć minut. Potem szybko skorzystałam z łazienki, a gdy wróciłam, zabawa trwała w najlepsze. Członkowie MAD ściągnęli do tańca tyle osób, ile się dało. Z tego co widziałam, to Kaśkę porwał Kamil. A Wojtek siedział osamotniony przy stoliku.
Cóż ja mogłam. Od tego tu byłam, żeby ich zabawić, prawda?
Wyszłam na środek parkietu i przywołałam go gestem dłoni.
- Widzę, że moj kolega porwał ci partnerkę.- Zaśmiałam się, gdy do mnie doszedł. Położył mi rękę w pasie, drugą ujął w górze. Klasyczny, wolny taniec, do odpowiednio wolnej muzyki.
- Jak wróciłem to zastałem taki stan sytuacji.- Westchnął głęboko. - Cóż mogłem.
- Odbić ją. - Zachichotałam.
- Lubię ją, to koleżanka. - Wyjaśnił. - Ale może chciałem, by kto inny się nią zajął, mogę dzięki temu z tobą zatańczyć bez przeszkód.
- M.A.D. zawsze wie, co robi.
- Może sama mu to zaproponowałaś?
- Ale co, żeby odbił ci partnerkę?
Skinął głową, a ja znowu zaczęłam się śmiać.
- Tak, to był mój niecny plan, żeby cię zdobyć. - Przyznałam.
- Już mnie zdobyłaś. - Wyznał zupełnie szczerze. - Po pierwszym spotkaniu.
Westchnęłam przeciągle. Chwilę się nie odzywałam.
- Och, Włodarczyk. Wierzysz w takie coś, jak “od pierwszego wejrzenia”?
- Nie wiem. Ale wierzę w to, że siedzisz ciągle w mojej głowie. Chciałbym cię mieć, ale ty mówisz…
- … że nie istnieję.- Dokończyłam za niego. - Tak, to prawda.
- Ale mogę cię mieć w takie dni jak ten?
Nic nie odpowiedziałam. Nie mogłam, bo pociągnął mnie za rękę i wyprowadził przez duże balkonowe drzwi na taras. A z tarasu skierowaliśmy się schodami do dużego, pięknego ogrodu.
- Mogę?.. - Zapytał, znowu sięgając do mojej maski. A ja znowu od niego odskoczyłam. - Dobra, - podrapał się po czuprynie po nieudanej próbie zdemaskowania mnie - w takim razie zacznijmy od czegoś łatwiejszego. - Gestem wskazał w kierunku altany.
Poszłam tam, a on za mną. Piękna, romantyczna altana. Ale czy to było w moim stylu? Kompletnie nie. Czyżby siatkarz był zakichanym romantykiem?
Gdy jednak docisnął mnie do drewnianej barierki i wpił się zachłannie w moje usta, przestałam się nad tym zastanawiać.
To było coś, co sobie wyobrażałam jako Iza. Coś, co jako blondynka nie potrafiłabym zrobić. I coś, czego pragnęłam już od dłuższego czasu.
Bez wahania odwzajemniłam pocałunek, zarzucając mu ręce na szyję, a palce wplątując w jego włosy. Nie czekał długo; wpakował mi język w usta, sprawiając mi tym dziką przyjemność. Momentalnie nabrałam ochoty na jeszcze więcej.
- Jesteś taka piękna.. - Szepnął między pocałunkami.
Wtedy jego ręce zawędrowały w dół pleców. Przedostał się przez falbany mojej sukienki i dłońmi ścisnął moją pupę. Przygryzłam go w wargę , cicho się zaśmiał.
- A ty Włodarczyk, zachłanny. - Złapałam go za podbródek, przerywając pocałunek.
Zdziwiony był, gdy wsadziłam mu rękę do kieszeni. A jeszcze bardziej, gdy wyciągnęłam z niej telefon.
- Cholera. - Jęknęłam, widząc, która godzina. Dochodziła dziesiąta. Musiałam wracać. - Muszę spadać.
Siatkarz parsknął. Miałam już go mijać, kiedy złapał mnie za nadgarstek.
- Chyba żartujesz. - Powiedział. Chyba do niego nie docierało to, że naprawdę muszę iść.
- Nie, na poważnie.
Wyrwałam się z jego uścisku i szybkim krokiem skierowałam się z powrotem do budynku. Przeciskałam się między bawiącymi się ludźmi. Nie musiałam się odwracać, by wiedzieć, że za mną idzie. Bardziej poirytowany tym, że znikam, niż zły. Trudno. Miałam prawdziwe życie. Bajka się kiedyś musi skończyć , nie?
Na korytarzu, tuż przed wyjściem, minął mnie i zatarasował mi drogę.
- Przenocuję cię, bo na piętrze są wynajęte dla nas pokoje. Także nie musisz jeszcze wracać. - W jego głosie słychać był nadzieję.
Zacisnęłam szczękę. Chciałam zostać i to bardzo. Chciałam go mieć, choć tę jedną noc...
- Przykro mi. - Rzuciłam i znowu go minęłam.
- Nawet Kopciuszek miał więcej czasu! - Oburzył się siatkarz, już za mną nie podążając.
Parsknęłam w myślach. Co za porównanie!
Zbiegłam po schodach, uważając by butów nie zgubić (lol, no bo Kopciuszkiem to ja nie byłam!). Dobra. Może jednak chciałam go zgubić. Albo inaczej - chciałam, by ze mną pobiegł , porwał mnie i uwięził w tym swoim pokoju.
Siadłam na swój motor i już miałam odjeżdżać, kiedy do mnie dotarło co robię. To znaczy - powinnam wrócić. Ale ta noc... jedna, jedyna noc... Dostanę szlaban, pomyślałam, trudno. Dostasnę tyle zmian w pracy, że pewnie będę zdychać. Czy ta noc była tego warta? Noc spędzona z Nim?
Zacisnęłam dłonie. Kłóciły się w mojej głowie dwie osoby - rozważna Iza i szalona Mała.
- Jesteś taka piękna.. - Szepnął między pocałunkami.
Wtedy jego ręce zawędrowały w dół pleców. Przedostał się przez falbany mojej sukienki i dłońmi ścisnął moją pupę. Przygryzłam go w wargę , cicho się zaśmiał.
- A ty Włodarczyk, zachłanny. - Złapałam go za podbródek, przerywając pocałunek.
Zdziwiony był, gdy wsadziłam mu rękę do kieszeni. A jeszcze bardziej, gdy wyciągnęłam z niej telefon.
- Cholera. - Jęknęłam, widząc, która godzina. Dochodziła dziesiąta. Musiałam wracać. - Muszę spadać.
Siatkarz parsknął. Miałam już go mijać, kiedy złapał mnie za nadgarstek.
- Chyba żartujesz. - Powiedział. Chyba do niego nie docierało to, że naprawdę muszę iść.
- Nie, na poważnie.
Wyrwałam się z jego uścisku i szybkim krokiem skierowałam się z powrotem do budynku. Przeciskałam się między bawiącymi się ludźmi. Nie musiałam się odwracać, by wiedzieć, że za mną idzie. Bardziej poirytowany tym, że znikam, niż zły. Trudno. Miałam prawdziwe życie. Bajka się kiedyś musi skończyć , nie?
Na korytarzu, tuż przed wyjściem, minął mnie i zatarasował mi drogę.
- Przenocuję cię, bo na piętrze są wynajęte dla nas pokoje. Także nie musisz jeszcze wracać. - W jego głosie słychać był nadzieję.
Zacisnęłam szczękę. Chciałam zostać i to bardzo. Chciałam go mieć, choć tę jedną noc...
- Przykro mi. - Rzuciłam i znowu go minęłam.
- Nawet Kopciuszek miał więcej czasu! - Oburzył się siatkarz, już za mną nie podążając.
Parsknęłam w myślach. Co za porównanie!
Zbiegłam po schodach, uważając by butów nie zgubić (lol, no bo Kopciuszkiem to ja nie byłam!). Dobra. Może jednak chciałam go zgubić. Albo inaczej - chciałam, by ze mną pobiegł , porwał mnie i uwięził w tym swoim pokoju.
Siadłam na swój motor i już miałam odjeżdżać, kiedy do mnie dotarło co robię. To znaczy - powinnam wrócić. Ale ta noc... jedna, jedyna noc... Dostanę szlaban, pomyślałam, trudno. Dostasnę tyle zmian w pracy, że pewnie będę zdychać. Czy ta noc była tego warta? Noc spędzona z Nim?
Zacisnęłam dłonie. Kłóciły się w mojej głowie dwie osoby - rozważna Iza i szalona Mała.
- Jebać to wszystko. - Przeklęłam pod nosem i ruszyłam.
Gwoli wyjaśnienia - nie, nie ruszyłam motocyklem. Ruszyłam, ale z powrotem do budynku, nieco podenerwowana.
Co ja odwalałam? - pomyślałam. - Przecież Wojtek pewnie się świetnie bawił, już beze mnie!
Zerknęłam na salę, gdzie imprezka trwała w najlepsze. Siatkarza jednak nie było ani na parkiecie, ani przy stoliku. Pobiegłam szybko na piętro, gdzie znajdowały się pokoje. I na całe szczęście, zobaczyłam jego sylwetkę. Właśnie wchodził do jednego z pokoi.
Nie zauważył mnie. Nim za nim poszłam, musiałam uspokoić oddech, musiałam uspokoić zszargane nerwy i szybko bijące serce. Miotały mną wszystkie możliwe emocje, a zwłaszcza strach i pożądanie. Wszystko było ze sobą sprzeczne, ale podjęłam już decyzję.
Jedna noc. Nawet Kopciuszkowi się należała.
Zapukałam do drzwi, przez które wchodził. A co jeśli nie był sam? CO jeśli się wygłupię? Co jeśli....
Nie miałam czasu się zastanawiać, bo otworzył drzwi. I był mocno zszokowany.
- Co ty tu robisz?
Wkroczyłam do pokoju, zamknęłam drzwi, i w odpowiedzi na jego pytanie - wpiłam się w jego usta tak, jak on to zrobił wcześniej. Choć z początku odwzajemnił pieszczotę, czułam, że się zaczął wahać.
- Miałaś....- Oderwał się ode mnie na chwilę.
- Ciiii. - Uciszyłam go.
Posadziłam go na wielkim, dwuosobowym łóżku. Co jak co, ale ci z klubu się szarpnęli na ten event, bo wyglądało to jak pokój małżeński. Cóż, ale wracając do rzeczy; siedział z lekko otwartą buzią i bacznie mnie obserwował. Ja natomiast rozsunęłam zasuwak z boku sukienku, i ta momentalnie zsunęła się z mojego ciała na podłogę. Pozostałam w samej bieliźnie, peruce i masce. Czarna koronka najwyraźniej zadziałała na siatkarza, ponieważ od razu wstał i wpił się zachłannie w moje usta. Rozwiązałam jego muszkę i odrzuciła m w kąt. Białą koszulę praktycznie z niego zdarłam. A gdy obydwoje zostaliśmy w samej bieliźnie, złapał mnie za uda i podciągnął do góry, więc oplotłam go w pasie nogami.
Nie minęło dużo czasu, jak wylądowaliśmy w łóżku, wiłam się z rozkoszy. Pieścił każdy centymetr mojego ciała. Jego ręce wędrowały od ud, przez brzuch, aż do piersi. Sprawił, że zapomniałam o całym świecie. Zapomniałam o macosze, która na pewno jest bardzo zła. Zapomniałam o tym, jakie mam popieprzone życie. Liczył się tylko on. I nie ważne, że mogłam go mieć jedynie jako Mała.
- Na pewno? - Wyszeptał mi tuż przy ustach, gdy na chwilę przerwał.
Serio, Włodarczyk? Rusza cię sumienie czy coś?
- Jakbym nie chciała, to bym tu nie przyszła. Może ty nie chcesz?
Lekko parsknął pod nosem i uśmiechnął sę zawadiacko. Wszedł we mnie i już po kilku ruchach myślałam, że wewnętrznie eksploduję.
Po długim czasie wyczerpani opadliśmy na łóżko, leżąc obok siebie. Również pozwoliłam sobie na chwilę przymknąć oko. Wczepiłam się w nogi tors Włodarczyka i pierwszy raz spałam tak dobrze. Chociaż tą malutką część nocy.
Nie wiem, która była godzina, ale chyba jeszcze środek nocy. Wygrzebałam się z jego objęć ostrożnie, by go nie zbudzić. Ubrałam się, pozbierałam wszystkie rzeczy.
"Może i jestem Kopciuszkiem, ale mimo to nie jesteśmy z tej samej bajki. Żegnaj"- napisałam na chusteczce znalezionej w łazience, i wiadomość pozostawiłam mu na szafce nocnej.
Pocałowałam go jeszcze lekko w skroń i w odpowiedzi przewrócił się na drugi bok i coś wyburczał pod nosem. Westchnęłam. Gdy już byłam w drzwiach, ostatni raz na niego spojrzałam. W moich oczach nagromadziły się łzy. Psst, Kopciuszku, to nie Twoja bajka. Czas i pora zniknąć.
Gwoli wyjaśnienia - nie, nie ruszyłam motocyklem. Ruszyłam, ale z powrotem do budynku, nieco podenerwowana.
Co ja odwalałam? - pomyślałam. - Przecież Wojtek pewnie się świetnie bawił, już beze mnie!
Zerknęłam na salę, gdzie imprezka trwała w najlepsze. Siatkarza jednak nie było ani na parkiecie, ani przy stoliku. Pobiegłam szybko na piętro, gdzie znajdowały się pokoje. I na całe szczęście, zobaczyłam jego sylwetkę. Właśnie wchodził do jednego z pokoi.
Nie zauważył mnie. Nim za nim poszłam, musiałam uspokoić oddech, musiałam uspokoić zszargane nerwy i szybko bijące serce. Miotały mną wszystkie możliwe emocje, a zwłaszcza strach i pożądanie. Wszystko było ze sobą sprzeczne, ale podjęłam już decyzję.
Jedna noc. Nawet Kopciuszkowi się należała.
Zapukałam do drzwi, przez które wchodził. A co jeśli nie był sam? CO jeśli się wygłupię? Co jeśli....
Nie miałam czasu się zastanawiać, bo otworzył drzwi. I był mocno zszokowany.
- Co ty tu robisz?
Wkroczyłam do pokoju, zamknęłam drzwi, i w odpowiedzi na jego pytanie - wpiłam się w jego usta tak, jak on to zrobił wcześniej. Choć z początku odwzajemnił pieszczotę, czułam, że się zaczął wahać.
- Miałaś....- Oderwał się ode mnie na chwilę.
- Ciiii. - Uciszyłam go.
Posadziłam go na wielkim, dwuosobowym łóżku. Co jak co, ale ci z klubu się szarpnęli na ten event, bo wyglądało to jak pokój małżeński. Cóż, ale wracając do rzeczy; siedział z lekko otwartą buzią i bacznie mnie obserwował. Ja natomiast rozsunęłam zasuwak z boku sukienku, i ta momentalnie zsunęła się z mojego ciała na podłogę. Pozostałam w samej bieliźnie, peruce i masce. Czarna koronka najwyraźniej zadziałała na siatkarza, ponieważ od razu wstał i wpił się zachłannie w moje usta. Rozwiązałam jego muszkę i odrzuciła m w kąt. Białą koszulę praktycznie z niego zdarłam. A gdy obydwoje zostaliśmy w samej bieliźnie, złapał mnie za uda i podciągnął do góry, więc oplotłam go w pasie nogami.
Nie minęło dużo czasu, jak wylądowaliśmy w łóżku, wiłam się z rozkoszy. Pieścił każdy centymetr mojego ciała. Jego ręce wędrowały od ud, przez brzuch, aż do piersi. Sprawił, że zapomniałam o całym świecie. Zapomniałam o macosze, która na pewno jest bardzo zła. Zapomniałam o tym, jakie mam popieprzone życie. Liczył się tylko on. I nie ważne, że mogłam go mieć jedynie jako Mała.
- Na pewno? - Wyszeptał mi tuż przy ustach, gdy na chwilę przerwał.
Serio, Włodarczyk? Rusza cię sumienie czy coś?
- Jakbym nie chciała, to bym tu nie przyszła. Może ty nie chcesz?
Lekko parsknął pod nosem i uśmiechnął sę zawadiacko. Wszedł we mnie i już po kilku ruchach myślałam, że wewnętrznie eksploduję.
Po długim czasie wyczerpani opadliśmy na łóżko, leżąc obok siebie. Również pozwoliłam sobie na chwilę przymknąć oko. Wczepiłam się w nogi tors Włodarczyka i pierwszy raz spałam tak dobrze. Chociaż tą malutką część nocy.
Nie wiem, która była godzina, ale chyba jeszcze środek nocy. Wygrzebałam się z jego objęć ostrożnie, by go nie zbudzić. Ubrałam się, pozbierałam wszystkie rzeczy.
"Może i jestem Kopciuszkiem, ale mimo to nie jesteśmy z tej samej bajki. Żegnaj"- napisałam na chusteczce znalezionej w łazience, i wiadomość pozostawiłam mu na szafce nocnej.
Pocałowałam go jeszcze lekko w skroń i w odpowiedzi przewrócił się na drugi bok i coś wyburczał pod nosem. Westchnęłam. Gdy już byłam w drzwiach, ostatni raz na niego spojrzałam. W moich oczach nagromadziły się łzy. Psst, Kopciuszku, to nie Twoja bajka. Czas i pora zniknąć.




Boże jaki boski! Przecudowny! Naprawde genialny! Czekam z niecierpliwością na następny rozdział! ;)
OdpowiedzUsuń